Z mężem jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi

Podobny obraz

Z mężem jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi

Kiedy częścią relacji stały się noce, przepłakane ze strachu o zdrowie męża, inaczej zdefiniowałam miłość. O 3 kluczowych aspektach małżeńskiej (i nie tylko) przyjaźni pisze Maja Moller.

 

On woli morze, a ja góry. Nie cierpi upałów, ja z kolei szybko marznę i zimą zakopuję się pod górą ciepłych koców. On słucha punk rocka, ja przed laty – poezji śpiewanej. A jednak chwilami rozumiemy się bez słów, na co dzień kierujemy się podobnymi wartościami, a oglądając komedię, śmiejemy się w tym samym momencie. Od czternastu lat jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Od dwunastu – szczęśliwym małżeństwem.

Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi

Daniem, które ostatnio niechcący przygotowałam, były ogórki na ostro z keczupem. Była to bardzo spontaniczna kreacja kulinarna. Po całym dniu spędzonym w podróży przez Polskę, postanowiłam wypakować przywiezione z Podhala oscypki do lodówki. Już miały wypaść mi z ręki, gdy triumfalnie chwyciłam je w locie, tuż nad podłogą. Dumna z siebie uniosłam szybko głowę, uderzając przy tym w jedną z półek, znajdujących się na drzwiach lodówki. Zgodnie z prawami fizyki i zasadą zachowania pędu, znajdujące się na półce przedmioty zostały wprawione w ruch, a potem z hukiem uderzyły o podłogę. Pół sekundy później stałam na bosaka pośród odłamków szkła i rozsypanych na podłodze ogórków konserwowych.

Hałas sprawił, że kuchni pojawił się mój mąż -dokładnie w momencie, w którym podnosiłam z podłogi butelkę z keczupem. Chwilę później okazało się, że ona również była pęknięta. Sałatka z ogórków na ostro znalazła się pod grubą warstwą ketchupu, podobnie jak lodówka, meble w kuchni, a także moja twarz i sukienka. W momencie kuchennej katastrofy aż kipiałam ze złości. A jednak obecność mojego męża sprawiła, że w chwili miniwybuchu butelki z ketchupem, nie zaklęłam pod nosem, lecz zaczęłam się śmiać. Oboje śmialiśmy się do łez, co w tej niecodziennej scenerii musiało wyglądać naprawdę przedziwnie. A potem zaczęliśmy sprzątać. Razem.


Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

Gdy ta bieda to jedynie rozbity słoik, to… pół biedy. Życie niesie jednak większe wyzwania. Dla nas jednym z nich była nagła choroba mojego męża tuż po pierwszej rocznicy ślubu. Te doświadczenia sprawiły że ja, wtedy młodziutka, bo 24-letnia żona i studentka, zaczęłam inaczej definiować miłość. To było już nie tylko zakochanie, zauroczenie i sielankowa wręcz codzienność młodego małżeństwa. Częścią miłości stały się samotne noce, przepłakane ze strachu o stan zdrowia męża.

Z miłości gotowałam smakołyki, żeby tylko odzyskał apetyt, z miłości czytałam na głos przy szpitalnym łóżku i z trudem pchałam wózek po długich korytarzach oddziału neurologii. Kilka lat później, po moim pierwszym porodzie, role się odwróciły i to mój mąż pomagał mi – dosłownie – stanąć na nogi, gdy bardzo źle się czułam. Poznaliśmy siebie „w biedzie”.

Zobaczyliśmy, jak zachowujemy się względem siebie nie tylko w czasie egzotycznych wakacji pod palmami, ale również w sytuacjach trudnych i wymagających poświęcenia. Dzięki temu wiemy, że razem jesteśmy w stanie przetrwać wiele. Jesteśmy jedną drużyną, w dużych zmartwieniach i małych smuteczkach, w chwilach gdy spada nam na głowę jedynie zawartość lodówkowej półki, jak i wtedy, gdy niemal dosłownie wali się nasz świat.


5 faz związku miłosnego

Profesor Bogdan Wojciszke, autor książki „Psychologia miłości”, stworzył koncepcję pięciu faz związku miłosnego. Jedną z nich jest związek przyjacielski, który występuje po zakochaniu, romantycznych początkach i fazie tzw. związku kompletnego, czyli okresu, gdy relacja jest najbardziej nasycona emocjami i budowana na zaangażowaniu, namiętności i intymności.

Dla autora tej koncepcji, faza związku przyjacielskiego to okres, który potocznie moglibyśmy nazwać „starym dobrym małżeństwem”. Mimo pozostawania w dobrej relacji, może wtedy brakować obecnej wcześniej fascynacji drugą osobą i prawdziwej bliskości. Nie chciałabym wchodzić w polemikę z przedstawioną przez pana profesora koncepcją, dla mnie jednak przyjaźń w małżeństwie to coś więcej. To nie „resztki”, które zostają po pełnym zaangażowania i namiętności związku. To ważny element wspólnego życia, niezależnie od tego, czy małżeństwem jest się od roku czy od dziesięciu lat.

Przyjaźń między małżonkami nie oznacza jednak, że są jedynie kumplami, czyli że mogą przestać dbać o uczucia drugiej osoby czy o swój wygląd. Wręcz przeciwnie – gdy mąż i żona są dla siebie przyjaciółmi, to sprawia (a przynajmniej powinno sprawiać), że zależy im na sobie jeszcze bardziej. Przyjaźń wyrasta bowiem z przekonania, że mimo dzielących nas różnic, jesteśmy dla siebie bardzo ważni, że chcemy spędzać razem czas i że zależy nam na dobru drugiej osoby. Według mnie to właśnie te trzy rzeczy – szacunek, czas i wysiłek – pomagają w jej rozwijaniu.


Szacunek

Gdy szanuję drugą osobę, pozwalam jej na to, by była inna niż ja. Pozwalam też  na to, by miała inne opinie na ważne dla mnie tematy, by inaczej reagowała i przeżywała codzienność. Te różnice mogą prowadzić do kłótni, zwłaszcza jeśli będzie nam zależało, by druga osoba częściej szła na kompromis i starała się do nas dostosować.

Różnice mogą jednak nie tyle dzielić, co pokazywać nowe horyzonty i przez to być bodźcem do rozwoju. Świat jest dużo ciekawszy, gdy pozwalamy sobie na oglądanie go z różnych perspektyw i gdy zamiast próbować zmienić drugą osobę na siłę, próbujemy spojrzeć na jakiś problem jej oczami. To może prowadzić do bardzo ważnego dla przyjaźni stwierdzenia: „myślę inaczej, ale Cię ROZUMIEM”.

Czas

O przyjaźń będzie trudno nie tylko w przypadku, gdy nie szanujemy siebie nawzajem, lecz również wtedy, gdy nie mamy dla siebie czasu. W małżeństwie niekiedy bardzo trudno znaleźć chwile tylko dla siebie. Gdy jedno z małżonków pracuje zagranicą lub w nietypowych godzinach, albo po prostu – gdy dzieci są małe lub z różnych powodów potrzebują więcej naszej uwagi – może się wydawać, że nie szans na spędzanie czasu tylko we dwoje. Nasze małżeńskie doświadczenia pokazują jednak, że warto się o taki czas starać, prosząc o pomoc rodzinę lub przyjaciół.

Wieczór spędzony w kinie czy restauracji może być okazją do tego, by spokojnie porozmawiać i po prostu ucieszyć się sobą. Odkąd nasze dzieci nieco podrosły, staramy się z mężem raz do roku wyjechać tylko we dwoje chociaż na 2-3 dni. Szczytem naszej kreatywności była podróż nocnym pociągiem przez całą Polskę tylko po to, by spędzić jeden dzień w Tatrach i świętować rocznicę ślubu w ulubionym schronisku górskim. Wróciliśmy zmęczeni, ale bogatsi o nowe wspomnienia i o czas, który spędziliśmy tylko we dwoje.


Wysiłek

Przyjaźń jest również niemożliwa bez wkładania odpowiedniego wysiłku w budowanie relacji. Po jakimś czasie spędzonym pod jednym dachem, zaczynają drażnić takie drobiazgi jak rozrzucone skarpetki czy niepodlane kwiatki (a mi usychają nawet kaktusy…). Może się wtedy wydawać, że zmienić powinna się druga osoba i że konfliktów unikniemy wtedy, gdy to on (lub ona) zacznie zachowywać się w inny sposób. Niektórzy nie rezygnują z tego przekonania pomimo wielu lat spędzonych razem. Części z nich udaje się pewnie zmienić zachowanie współmałżonka, inni jednak zamieniają radość wspólnego życia w nieustającą wojnę o to, kto ma rację.

W pismach św. Jana od Krzyża znajdujemy zdanie, które tylko pozornie nie jest związane z małżeństwem. Dla mnie dotyczy ono jednak nie tylko życia zakonnego, ale wszystkiego, co składa się na naszą codzienność: „należy wyryć głęboko w sercu tę prawdę, żeś nie po co innego przyszedł do klasztoru, tylko po to, by cię urabiali i ćwiczyli w cnocie, jak obrabia się i szlifuje kamień zanim się go wstawi w budowę.”

Może w sprzeczkach i konfliktach małżeńskich mogłoby być podobnie? Wkładamy niekiedy sporo energii w upominanie innych. Gdyby jednak zainwestować chociaż połowę tego wysiłku w zmienianie siebie, a nie innych, może każda relacja, nie tylko małżeńska, byłaby lepsza?

Przysłowie mówi, że aby poznać przyjaciela, trzeba zjeść z nim beczkę soli. Na szczęście nie jest to jedyna potrawa na wspólnym stole. Małżeńska przyjaźń oznacza nie tylko dźwiganie wyzwań i stawianie czoła przeciwnościom. Oznacza też radość płynącą z bycia zrozumianym i poczucie bezpieczeństwa, jakie daje możliwość bycia sobą bez udawania. Przede wszystkim jednak – to przyjaźń z kimś wyjątkowym, bo z kimś, komu ślubowało się miłość. 


Majka Moller – aktywna zawodowo mama dwójki dzieci, na co dzień dentystka i magister psychologii. Od lat zakochana w swoim mężu, od zawsze i chyba z wzajemnością – w życiu i górach. Autorka bloga Chrześcijańska Mama

Źródło: deon.pl