Mistyka jest dla wszystkich

O patrzeniu w oczy Boga i o mistyczce modlącej się za misję Krzyżaków z dr. Wincentym Łaszewskim rozmawia Jakub Jałowiczor.

Jakub Jałowiczor: Czym różni się mistyk wschodni od zachodniego?

Wincenty Łaszewski: Na Zachodzie mamy do czynienia z niezwykle trudną próbą logicznego nazwania tego, co jest pozawerbalne. Natomiast na Wschodzie mistycy próbują przekazać to za pomocą obrazów. W Polsce, która stoi pomiędzy Zachodem a Wschodem, dominuje to drugie.

Chodzi o obraz rozumiany dosłownie? Mistyk mówi: widziałem piekło, czyli miejsce…

Nie, broń Boże. Jeśli pan zapyta mistyka: „Co widziałeś?”, on powie: „To tak, jakby…”. Kard. Ratzinger mówił, że tajemnica Boga w objawieniach przechodzi zawsze przez filtr zmysłów. Kiedy Pan Bóg chce przekazać nam jakąś prawdę o sobie, musi umieścić ją w kategoriach, w których rozumujemy. Piekło ukazane dzieciom fatimskim było dokładnie takie, jak wyrażała to ilustracja w ich książeczce do nabożeństwa. Dzięki temu wizjoner, widząc piekło, wie, że to piekło, bo tak je sobie zawsze wyobrażał. Jednak mistyka jest nieprzekazywalna.

Nie da się opowiedzieć innym doświadczenia mistycznego?

Informacja, która do nas dochodzi, jest podwójnie skażona. Po pierwsze – mistyk widzi rzeczywistość, która jest niepoznawalna zmysłowo. Po drugie – to, co jest dla niego tajemnicą, próbuje przełożyć na zwykły, ludzki język. Jeśli przełoży pan wiersz z polskiego na angielski, a potem znowu na polski, to ten wiersz będzie wyglądał zupełnie inaczej niż na początku.

Jakie cechy są potrzebne, żeby być mistykiem?

Pierwszą – to fundament wszystkich cnót chrześcijańskich – jest pokora. Po tym zresztą można poznać prawdziwego mistyka. Także wizjonera, w którego przypadku jednym z warunków uznania prawdziwości jest to, że jego osoba nie zasłania Matki Najświętszej czy tego kogoś, kto przychodzi z nieba. Każdy mistyk mówi: jestem nikim. Jeśli mamy o sobie wciąż wyjątkowo dobre zdanie, to dla Boga nie ma w nas miejsca, nie może On przyjść z tym, co nazywamy spotkaniem w świecie mistycznym. Druga cecha to cierpliwość. Do doświadczenia mistycznego prowadzi wiele schodów. Adepci mistyki mogą zrezygnować w którymś momencie z wędrówki, która – jak się wydaje – trwa w nieskończoność. Jeśli nakładam na swoje poszukiwania Boga własne kryteria i np. chcę, żeby stało się to w ciągu roku albo żeby to było spotkanie w błogostanie, a Pan się objawi jako Bóg cierpienia, to Go nie spotkam.

To oznacza, że nie każdy chrześcijanin może być mistykiem.

Swoją książkę zacząłem od cytatu z niemieckiego teologa Karla Rahnera, który powiedział, że jeśli w XXI w. chrześcijanie nie będą mistykami, to chrześcijaństwo zniknie z mapy świata. Ten racjonalista niemający nic wspólnego z życiem mistycznym miał przeczucie, że w człowieku jest głód takiego doświadczenia Boga. Inaczej człowiek nie jest w pełni chrześcijaninem, wciąż czegoś brak. Absolutnej większości z nas nie stać na wiarę, która przetrzyma każdą próbę. Tymczasem mistyk nawet nie pyta, co przed nim – jaki krzyż i jaka radość. Jego to nie interesuje, on chce być z Bogiem. Nam brakuje takiego doświadczenia, jakie mają mistycy. Prymas Wyszyński zaskoczył kiedyś dziennikarzy, mówiąc: „Ja nie wierzę”. Konsternacja. A on dodał: „Ja wiem”. Miał tak daleko idącą pewność wiary, że wiedział.

On też był mistykiem?

Uważam, że tak. Wiele jego tekstów, głównie maryjnych, pokazuje, że ten człowiek miał wiedzę, której my nie posiadamy. Pamiętam, jak biskupi i teologowie przeciwstawiali się jego wizji, bo była nieracjonalna, nieteologiczna, ale mistyczna. Gdyby wśród tych osób był mistyk, powiedziałby: on ma rację. A im zabrakło tego doświadczenia.

Kardynał Wyszyński miał objawienia?

Dotyka pan najtrudniejszego pytania: tego o definicję mistyki. Ludzie nie odróżniają jej od wizjonerstwa. Nic nie wiem o tym, żeby prymas Wyszyński był wizjonerem. Na swój użytek opisałem trzy różne etapy mistycznego doświadczenia. Pierwszy etap: jako mistyk spotykam się z Bogiem tak blisko, że patrząc w Jego oczy, widzę odbity w nich świat z jego przyszłością i przeszłością. Drugi: spotykam się z Bogiem i to On patrzy na mnie, upodabnia mnie do siebie. Bóg dotyka mnie, upodabniając mnie do swojego ukrzyżowanego Syna. Ja się na to godzę z tą samą trudną radością, z jaką zrobił to Chrystus. Etap trzeci, najrzadszy: patrząc w oczy Boga, widzę Jego głębię. To najtrudniej opisać. Łatwiej wskazać, jaki Bóg nie jest. Na każde pytanie mistyk powiedziałby: „On jest inny”. Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy, w objawieniach w Tui z 1929 r. wyraźnie mówi, że poznała tajemnicę Trójcy Świętej.

To jest możliwe?

To nasze przeznaczenie na wieczność. Każdy z nas – a święci już za życia – będzie miał pełny wgląd w tajemnicę.

Karl Rahner oczekiwał, że zwykły chrześcijanin będzie mistykiem, ale jeśli spojrzymy np. na życiorys Stanisława Papczyńskiego, to zauważymy, że nie jest to zwykły życiorys. Tam aż roi się od znaków rodem z ksiąg prorockich.

Jest grupa mistyków, których życiu towarzyszy niedostrzegana przez nich nadprzyrodzoność. Ale mnóstwo świętych mistyków prowadziło życie zupełnie zwyczajne. Zmarły w 2005 r. świecki apostoł Anatol Kaszczuk uświadomił mi, że Matka Boża, mówiąc o nabożeństwie pięciu pierwszych sobót miesiąca, tak naprawdę nie prosiła, żebyśmy odprawiali wtedy 15-minutowe rozmyślanie. To Ona zaprasza nas do swojego rozmyślania. Pierwsza sobota to szczególny czas, kiedy Matka Najświętsza pozwoli mi przeżyć doświadczenie mistyczne. Diabeł boi się tego bardziej niż wody święconej, bo będzie bezpieczny tak długo, jak długo będziemy myśleli, że doświadczenie mistyczne jest dla świętych, papieża i biskupów. Mistyka jest dla wszystkich. Przechodzimy dzięki niej z wiary, która może się załamać, do wiary, która pozwoliła Wyszyńskiemu powiedzieć: „Ja nie wierzę, ja wiem”. Gdyby pan na własnej skórze doświadczył świętości Boga, mógłby pan iść jak św. Wawrzyniec na rozpaloną kratę i nie wyrzekłby się Go pan. Zacząłem sprawdzać w samej Fatimie, jak wyglądają pierwsze soboty, i okazało się, że pan Anatol miał rację. Pierwsza sobota może być dla nas początkiem przygody mistycznej.

Doświadczył Pan czegoś takiego?

Tak. Znam ludzi, którzy doświadczyli tego samego.

Czyli jest Pan mistykiem?

Nie, mogę powiedzieć, że w tamtym momencie przeżyłem doświadczenie mistyczne. Jeśli ktoś powie, że jest święty, to na pewno nim nie jest. Jeśli powiem, że jestem mistykiem, to niech pan wstanie i wyjdzie, bo to znaczy, że wszystko, co mówię, jest bzdurą. Nie jestem nim na pewno, ale jestem gotów zrobić w moim życiu wszystko, żeby moja wiara była pewnością. Nie mam takiej pokory, żeby otworzyć się na Boga w pełni, jak święci mistycy, ale uczę się tego codziennie. I mam doświadczenie namacalnego prowadzenia mnie przez Boga przez całe życie. Moje doświadczenie mistyczne polega na tym, że wiem, iż Pan Bóg mnie popycha, ja nie idę przez życie sam. Gdyby to zależało ode mnie, byłbym zupełnie gdzie indziej, byłbym kimś innym. Przykładem jest mój synek, który ma zespół Downa i pokrzyżował nam wszystkie doczesne plany, a jednocześnie okazał się największym, genialnym darem Pana Boga. Tylko człowiek musi umieć to dostrzec.

W Pana książce jest opisany Anatol Kaszczuk, ale znajdziemy tam też osoby żyjące nawet w XIII w., jak Juta z Chełmży. Życie którego z mistyków do Pana przemawia?

Ojciec Wojciech Męciński, jezuita z przełomu XVI i XVII w. Nie mogłem o nim nie napisać. Fascynuje mnie nieprawdopodobnie, choć nie zrobił nic poza tym, że umierał śmiercią męczeńską przez pół roku. A mógł być kimś. Człowiek błękitnej krwi, bogaty, niezwykle zdolny, mający koneksje. Mógł dużo zrobić dla Kościoła i dla ojczyzny. A on wszystko rzuca, wstępuje do jezuitów. Zamiast zrobić tam wielką karierę (o. Męciński mógł na przykład bez większego wysiłku obalić tezy protestanckie, szerzące się wówczas w Europie), on widzi, że ma jechać do Japonii i umrzeć śmiercią męczeńską. W zasadzie nic nie będzie robił poza tym, że zostanie złapany i zabity.

I tak się stało?

Tak. Życiorys o. Męcińskiego pokazuje, jak Pan Bóg go prowadzi, podczas gdy znaki dawane przez świat przeczą jego wyborowi (czyli wyborowi Boga, który on odczytał). Na początku drogi jezuita miał wizję – dostał od Matki Bożej złote jabłko. Do końca nie wypuścił go z ręki. To piękna postać, która ukazała mi, jak Pan Bóg każdego z nas prowadzi zupełnie innymi drogami, niż nam i otoczeniu się wydaje. Może spotkanie z o. Męcińskim było mi potrzebne, dlatego że moja droga też jest nietuzinkowa. Każda taka jest, ale ja tego bardzo doświadczam.

Wspomniałem o bł. Jucie. W książce o polskich mistykach opisał Pan kobietę modlącą się za Krzyżaków, którzy Polakom kojarzą się z największym złem.

Historyk powiedziałby, że najwyższa pora, żeby wśród Polaków zdemitologizować wizję Krzyżaków. Wśród nich byli także święci. Mistrz z Kwidzyna, opiekun wizjonerki bł. Doroty z Mątowów, był wybitnym teologiem. Nie wszyscy Krzyżacy byli jak ci z Sienkiewicza. Jednak Brygida Szwedzka i polskie mistyczki przepowiadały upadek tego zgromadzenia. Widziały w oczach Bożych, że zakon noszący imię Maryi i nawracający ogniem i mieczem nie ma prawa zadomowić się w Kościele.

Dlaczego atrybutem bł. Anieli Salawy powinna być, Pana zdaniem, szczotka do sprzątania?

Salawa odczytała jako swoje powołanie bycie służącą. Miała 100 innych możliwości, w tym dobre, bogate małżeństwo, ale pozostała służącą do końca życia. Uznała, że Bóg tak chciał. I spędziła całe życie z Bogiem, trzymając szczotkę. •

Wincenty Łaszewski

doktor teologii, tłumacz, specjalista w zakresie antropologii mariologicznej. Zajmuje się historią kultu maryjnego i objawieniami Matki Boskiej. Autor wielu książek.

Źródło: gosc.pl