Całun Turyński – Ewangelia napisana krwią

Całun Turyński – Ewangelia napisana krwią

Całun Turyński jest dużym (4,4 x 1,1 m), lnianym płótnem o ściegu jodełkowym, na którym utrwalił się pełny wizerunek do­brze zbudowanego, ubiczowanego i ukrzy­żowanego martwego Mężczyzny. Mężczyzna ten mierzył między 179 a 183 cm wzrostu (co trud­no określić z uwagi na kurczenie się i rozszerzal­ność materiału, wielokrotne zwijanie i rozwi­janie). Jego Ciało zostało zawinięte w płótno nie później niż w dwie-trzy godziny po zgonie (świad­czy o tym ilość krwi, jaka zdążyła wypłynąć, za­nim skrzepła, a także fakt, że ciało było zawija­ne w płótno w stanie maksymalnego zesztyw­nienia). Ponadto znajdowało się nieruchomo wewnątrz płótna co najmniej 24 godziny, na co wskazuje stopień krystalizacji krwi, a krócej niż 40 godzin (brak śladów wskazujących na roz­kład ciała).

Największa relikwia

Wspomniane cezury czasowe odpowia­dają pobytowi Jezusa w grobie, sygnalizowanemu przez Ewangelie. Obok wizerunku ciała (powstałego na płótnie w niewytłuma­czalny do dziś sposób, w negatywie, trójwymiarze i z mikroskopijną dokładnością, na skutek dehydratacji celulozy w zewnętrz­nej warstwie włókien, składających się na nitki, z których utkany jest Całun) na tkani­nie utrwaliły się także w naturalny sposób krwawe ślady ponad siedmiuset różnego ro­dzaju ran i obrażeń.

Najbardziej uderza zbieżność, jaka zachodzi mię­dzy relacją ewangeliczną a tym, co widoczne jest na Całunie. Z Ewangelii dowiadujemy się, że Jezus w czasie swojej Męki przeżywał trwogę w Getsemani, był bity po twarzy i po głowie (w czasie prze­słuchiwania przez Żydów i w pretorium przez Rzy­mian), został ukoronowany cierniem, był biczowany, szedł Drogą Krzyżową na Golgotę, tam został przy­bity do krzyża, na którym umarł, następnie przebito mu bok, a z niego wypłynęły krew i woda.

Potwierdzenie tych faktów zostało odzwiercie­dlone na Całunie. Przy dłuższej analizie każdy, kto wpatruje się w Całun czy jego fotografię, jest w sta­nie większość tych obrażeń rozpoznać. Były też one przedmiotem wnikliwych analiz lekarzy i patologów.

Krew, która pozostała czerwona

Niezwykła jest Krew na Całunie. Po dziś dzień jest ona czerwona. Tymczasem wiadomo, że zasychają­ca krew żylna (a taka dominuje na Całunie) w cza­sie krzepnięcia przybiera zazwyczaj barwę brązo­wą bądź czarną. W starożytności czy średniowie­czu wiedziano o tym, ale uznawano to za przejaw cu­downości.

Od oświecenia kolor krwi stał się przedmiotem kontrowersji oraz drwin. Dopiero w 1981 r. krew z Całunu zbadano i określono, że jest to krew grupy AB (ta sama grupa pojawia się na innych relikwiach związanych z Męką Pańską oraz przy Cudach Eucharystycznych). Ze względu na wiek i stan krwi nie jest możliwe określenie ani parametru Rh, ani prze­prowadzenie badań DNA (we krwi jest ono wyjątko­wo nietrwałe i obecne tylko w białych krwinkach). Grupa AB występuje u ok. 5% populacji świata (w Pol­sce ok. 71), natomiast u Żydów pojawia się u 18%.

W dalszym jednak ciągu nie potrafiono wytłuma­czyć, czemu kolor krwi pozostał czerwony. Dopiero pod koniec 90. lat ubiegłego stulecia rozwikłano tę zagadkę. Otóż może to być efektem doznanych przez Człowieka z Całunu wstrząsów. Wstrząsy mogą zwy­kle występować na skutek stresu i lęku posuniętych do granic wytrzymałości, skrajnego wysiłku fizycz­nego, kontaktu z silnymi alergenami. Ewangelista Łukasz stwierdza, że w czasie trwogi w Ogrójcu Je­zus pocił się krwią (por. Łk 22, 44). Jest to jeden z objawów wstrząsu. Jego efekty mo­gły zostać spotęgowane i utrwalone dalszym przebiegiem pasji, zwłaszcza biczowa­nia. Wystąpienie wstrząsu związane jest ze zmianami chemicznymi, zachodzącymi we krwi: degradacją czerwonych krwinek, któ­re pękając uwalniają czerwony barwnik (hemoglobinę) bezpośrednio do cieczy krwi, a także wzmożonym wydzielaniem bilirubi­ny (barwnik żółty). Wszystko to sprawia, że krew zaczyna zachowywać się w inny niż normalnie sposób, m.in. w momencie krzep­nięcia może na zawsze pozostać czerwona.

Na Całunie w miejscach, w których Ciało na więk­szej powierzchni przylegało do płótna, stwierdzono także obecność dwóch białek – kreatyniny i ferrytyny. Również ich obecność potwierdza wystąpienie wstrząsu, a ponadto wskazuje na rozpad tkanki mię­śniowej. Trudno nawet wyobrazić sobie ogrom cier­pienia, które musiało towarzyszyć męce.

Bity i biczowany

Całun zachowuje obrażenia, będące wynikiem bi­cia. Chodzi tu o twarz, która nosi ślady bardzo rozle­głej opuchlizny (mówi się nawet o jej asymetryczności), ponadto na policzkach widać ślady uderzeń zada­nych w sposób odpowiadający żydowskiemu sposo­bowi policzkowania, tj. zewnętrzną stroną ręki. Nos jest pęknięty w połowie wysokości. Od pękniętego nosa biegnie szrama, rozcinająca cały prawy policzek (lewy, patrząc na Całun) aż po ucho. Obrażenie to mogło powstać na skutek uderzenia kijem lub laską w twarz.

Z tyłu ciała – od karku aż po piąty – trudno jest znaleźć miejsce wolne od obrażeń powstałych wskutek biczowania. Naliczono ponad 120 ran (różnice w ilości podawanej w li­teraturze związane są z odmiennymi metodami ich inter­pretacji). Bicze powodowały różne obrażenia: na zewnątrz ciała były to rany cięte, szarpane i miażdżone, wewnątrz – obrzęki i krwotoki z organów, zatrzymanie pracy nerek, krwiak opłucnej, itd.

Obrażenia pochodzą od dwóch rodzajów bieży – ok. 80% z nich od rzymskiego flagrum (bicza z trzema rzemieniami, na końcach których znajdowały się metalo­we kulki), 20% od innego bicza, który koń­czył się ostrymi, nieregularnymi końcówka­mi (mogły to być ostre kawałki kości, krze­mienia, szkła, metalu).

Z układu obrażeń widać, że biczowania mogły dokonywać dwie osoby, które wyraź­nie różniły się wzrostem. Aby taka ilość ran mogła pojawić się na ciele, musiano zadać ponad 60 razów. Lekarze są zdania, że prze­ciętny człowiek mógłby nie przeżyć już 40 takich uderzeń. W wypadku Człowieka z Ca­łunu trudno mówić o przeciętności, raczej o bardzo silnej budowie ciała, toteż biczowa­nie mógł On znieść lepiej.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że od II w. przed Chr. Rzy­mianie czasem biczowali („mała śmierć”) tych, których skazywano na krzyż („wielka śmierć”). Zasadniczo było to jednym ze sposobów na przyspieszenie zgonu na krzyżu.

Korona cierniowa

Obrażenia na głowie wskazują na kształt korony cier­niowej. Okazuje się, że wyglądała ona inaczej, niż utrwali­ło się to w tradycji. Był to czepiec z kolczastych gałęzi, któ­ry pokrywał – a więc i ranił – całą głowę. Co ciekawe, Oj­cowie Kościoła w pierwszych wiekach po Chrystusie opi­sywali koronę cierniową jako hełm. Podobnie relikwia korony cierniowej, jaka była czczona w Jerozolimie w pierw­szych wiekach chrześcijaństwa, miała postać czepca. Skąd zatem wziął się znany nam krążek? W VI w. św. Grzegorz z Tours pisał, że drewniana konstrukcja korony zeschła się, gałązki się połamały i ciernie zaczęły odpadać. Dodatkowo z cierni zaczęto czynić pomniejsze relikwie. W XI w. reli­kwia (już w postaci krążka) znalazła się w Konstantynopo­lu, skąd w połowie XIII w. zabrał ją do Paryża król francuski św. Ludwik IX. Kiedy przywiózł krążek do Francji, stał się on wzorem dla korony cier­niowej, jaką wprowadziła sztuka gotycka i późniejsza. Relikwie korony cierniowej (cu­downie ocalałe z rewolucji francuskiej) moż­na oglądać w Paryżu w katedrze Notre Damę w każdy pierwszy piątek miesiąca.

Droga Krzyżowa

Na plecach znajdują się obrażenia wynikłe z dźwi­gania krzyża. Na ich podstawie nie da się jednak stwierdzić, czy Człowiek z Całunu dźwigał krzyż, czy tylko belkę. Widoczne obrażenia na ramionach i łopatkach krzyżują się mniej więcej pod kątem pro­stym, co według niektórych mogłoby przemawiać za krzyżem, ale podobny ślad mogła też pozostawić bel­ka, dźwigana raz na jednym, a raz na drugim ramie­niu. Źródła historyczne przemawiają za faktem, że Rzymianie kazali nosić skazańcom tylko belki.

Patologowie mówią o innych obrażeniach: zwich­niętym biodrze, skręconej lewej stopie i wywich­niętym, zdeformowanym na skutek męki i ciężaru barku. Na nogach, w okolicy kolan, znajdują się śla­dy stłuczeń, oderwana z przemieszczeniem została też lewa (prawa, parząc na Całun) rzepka kolanowa. Uszkodzenie rzepki prawdopodobnie uniemożliwiło dalsze chodzenie, co może tłumaczyć fakt zmusze­nia przez Rzymian Szymona z Cyreny do dźwigania Chrystusowego krzyża.

Na nogach i rękach znajdują się obrażenia związane z ukrzyżowaniem. Według Cału­nu ręce przybite były za nadgarstki. Ewan­gelie nie wspominają o dokładnym miejscu wbicia gwoździ. Na marginesie warto wspomnieć, że formalnie nadgarstek jest za­liczany do dłoni. Całun wskazuje, że gwoź­dzie przeszły przez środek nadgarstka, zwa­ny szczeliną Destota. Warto zauważyć, iż na płótnie nie widać kciuków – przebicie nadgarstków wywołało skurcz, który sprawił, że kciuki złożyły się do wewnątrz dłoni. Lekarze twierdzą, że prze­bicie nadgarstków mogło być najbardziej bolesne ze wszystkich obrażeń na Całunie. W pobliżu wspo­mnianej szczeliny przebiega nerw pośrodkowy, któ­rego uszkodzenie może spowodować paraliż dłoni.

Stopy zostały ułożone jedna na drugiej i przybite do krzyża za pomocą jednego, długiego na ok. 16 cm gwoź­dzia, bezpośrednio do krzyża, bez użycia jakiejś belki czy podstawki (tradycja z podstawką wywodzi się ze Wschodu). Taki sposób przybicia miał utrudnić podno­szenie (podciąganie) się na krzyżu w celu oddychania – człowiek ukrzyżowany w pozycji Y miał ograniczoną wydolność oddechową i co jakiś czas musiał się unosić, aby zaczerpnąć powietrza. Z każdym podciągnięciem opadał jednak z siły. Wkońcu, aby przyspieszyć śmierć na krzyżu, Rzymianie łamali skazańcom nogi, co mia­ło uniemożliwić wspomniany ruch, prowadząc do udu­szenia. Niektórzy lekarze zwracają uwagę, że skazani bardzo często mogli konać już na skutek samego przetrącenia goleni (były to otwarte złamania z prze­mieszczeniem, występowała tu możliwość pojawie­nia się zatorów tłuszczowych i powietrznych). Na Ca­łunie nie ma żadnych obrażeń wskazujących na zła­manie nóg, co pozostaje w zgodzie z Ewangelią.

Warto zwrócić uwagę na słowa Jezusa wypowiedzia­ne z krzyża. W opisanych okolicznościach każde z nich musiało kosztować Go wiele wysiłku, a co za tym idzie – nie ma wśród nich żadnego przypadkowego.

Śmierć

We współczesnej medycynie przyjęło się uważać, że śmierć Jezusa miała charakter wieloczynnikowy. Pośród tych czynników lekarze wymieniają: nie­wydolność oddechową, znaczący upływ krwi, wy­czerpanie ciała licznymi wstrząsami (pourazowym, krwotocznym, hipowolemicznym, anafilaktycznym, traumatycznym), zespół mokrego płuca, zawał, roze­rwanie serca lub worka osierdziowego. Sygnalizowa­ny przez Ewangelie Mateusza i Marka krzyk Jezusa przed wyzionięciem ducha może być objawem pęk­nięcia mięśnia sercowego. Wygląda na to, że bezpośrednia przyczyna zgonu miała charakter odsercowy.

Ewangelie nic nie mówią na temat przebicia serca (mówią o przebiciu boku), ani nie zawierają informa­cji, który bok został przebity. Całun Turyński wska­zuje, że przebity został prawy bok. Rana jest długa na 5 cm, a szeroka na 1,5 cm i mogła być głęboka na kilkanaście centymetrów, co odpowiada długo­ści ostrza rzymskiej włóczni, zwanej lancą (ostrze miało średnio 15-18 cm). Rana zadana została dość wysoko – między piątym a szóstym żebrem – zatem mogła sięgać serca (wystarczyło 12 cm, aby je dosię­gnąć, a 15 cm, aby przebić je na wylot).

Krew w tym miejscu jest podzielona na frakcje – osobno występuje osocze, a osobno część czerwo­na krwi. Odpowiada to relacji św. Jana o wypłynię­ciu krwi i wody z przebitego boku. Frakcyjny podział krwi potwierdza śmierć (krew dzieli się tylko u czło­wieka zmarłego). Ponieważ osocze nie wyodrębni­ło się całkowicie od części czerwonej krwi, można wnioskować, że bok musiał być przebity ok. 30-40 mi­nut po zgonie. Podzielona krew nie mogła wypłynąć z żyły czy tkanki pośredniej, lecz musiała pochodzić z miejsc, gdzie nagromadziło się jej stosunkowo dużo, a więc z serca, worka osierdziowego i opłucnej.

Całun turyński obrazuje nam mękę Jezusa i nieludzkie cierpienia jakie zniósł z miłości do człowieka, aby odkupić ogrom grzechów jakich się dopuszczamy. Tak wielka ofiara była po to abyś ty człowieku mógł być zbawiony, doceń to poświęcenie, że Bóg oddał za ciebie życie.

Krzysztof Sadło

Duchowość cierpienia

Cierpienie w różnej postaci towarzyszy wszystkim ludziom w różnych momentach życia. Można zatem mówić o duchowości cierpienia, czyli o metodzie przeżywania tego przykrego doświadczenia w taki sposób, żeby nie tylko nie zubażało ono człowieka, ale podnosiło na wyższy poziom człowieczeństwa, a czasem prowadziło do świętości.

Wiele cennych myśli na ten temat pozostawił św. Jan Pa­weł II, który na sobie doświad­czył, czym jest cierpienie, i po­kazał całemu światu, jak z god­nością, w zjednoczeniu z Chrystusem dźwigać swój krzyż choroby i starości. Oprócz licznych wypowiedzi na ten te­mat, pozostawił list apostolski „Salvifici doloris” (SD) o chrześcijańskim sen­sie ludzkiego cierpienia (z 11II1984). Jego medytacyjna lektura może być duchowym pokrzepieniem nie tylko dla dotkniętych stygmatem cierpienia.

Powszechność cierpienia

Papież słusznie zauważa, że zjawisko cierpienia jest powszechne – dotyka każdego bez względu na wiek czy status społeczny. „Człowiek cierpi wówczas, gdy do­znaje jakiegokolwiek zła” (SD 7). Podobnie „Katechizm Kościoła katolickiego” stwierdza, że nikogo jednak nie omija doświadczenie cierpienia i zła obecnego w natu­rze, które jawią się jako związane z ograniczeniami wła­ściwymi dla stworzeń, a przede wszystkim zagadnienie zła moralnego (nr 385). W innym miejscu „Katechizmu” czytamy, że choroba i cierpienie zawsze należały do najpoważniejszych problemów, poddających próbie ży­cie ludzkie. Człowiek doświadcza w chorobie swojej nie­mocy, ograniczeń i skończoności (nr 1500).

Kwestii cierpienia nie można więc ograniczać do odczucia bólu, dolegliwości fizycznej czy psychicznego dyskomfortu, gdyż – jak zauważa Święty Papież – jest ono „czymś bardziej jeszcze podstawowym od choroby, bardziej wielorakim, a za­razem głębiej jeszcze osadzonym w całym człowieczeństwie” (SD 5), wpisanym w człowieczy los. Z tej racji temat cierpienia pojawia się nie tylko w Biblii i świętych księgach różnych religii, ale także w najstarszej literaturze i sztuce.

Cierpienie w Starym Testamencie

Znamienne jest to, w że Starym Testamencie i całej trady­cji judaistycznej cierpienie traktowano jako karę za popełnio­ny grzech. Odnośnie do tego św. Jan Paweł II zauważa, że je­śli prawdą jest, iż cierpienie ma sens jako kara wówczas, kiedy jest związane z winą, to nie jest prawdą, że każde cier­pienie jest następstwem winy i posiada charakter kary (SD 11). Może być bowiem rodzajem próby i wówczas służy nawróceniu, czyli odbudowaniu dobra w podmio­cie, który w wezwaniu do pokuty może rozpoznać Miło­sierdzie Boże (SD 12).

Wymowna pod tym względem jest Księga Hioba. Ten świątobliwy mąż został poddany przez Boga okrut­nej próbie nie tyle dla swego nawrócenia, co raczej po to, by dał świadectwo bezwarunkowego zawierze­nia Bogu. Jego najbliżsi i otoczenie nie rozumiało tego. Przyjaciele wprawdzie przyszli, aby podnieść go na du­chu, lecz otwarcie mówili, że albo nie jest on tak spra­wiedliwy przed Bogiem jak się wydaje, albo Bóg nie jest Ojcem, lecz surowym sędzią. Tymczasem mądrość Hioba, która zrodziła się z doświadczanego cierpienia, przerosła ówczesne schematy myślenia. Mimo dotkli­wego i niezawinionego nieszczęścia Hiob z wielką po­korą i uległością wobec woli Boga wyznał: Nagi wysze­dłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogo­sławione! (Hi 1, 21). A na uszczypliwe uwagi swej żony, dalekiej od współczucia, odpowie­dział: Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy? (Hi 2, 10). W ten spo­sób starotestamentalny Hiob dał przykład doj­rzalej duchowości cierpienia, którą – jak po­kazuje zakończenie Księgi – Bóg hojnie wyna­grodził pod każdym względem.

Cierpienie w Nowym Testamencie

Postawa Hioba wskazuje zarazem na ten sens cier­pienia, który w całej pełni objawi się potem w Nowym Testamencie w związku z męką, śmiercią i zmartwych­wstaniem Jezusa Chrystusa. Tej nowej perspektywie ro­zumienia ludzkiego cierpienia św. Jan Paweł II poświę­cił znaczną część listu apostolskiego „Salvfici doloris”.

Podczas ziemskiej działalności Jezus okazywał szcze­gólną wrażliwość na ludzkie cierpienie. Wiele osób uzdrowił z ich chorób, uwolnił z mocy szatańskich, a nie­których wskrzesił do życia. W ten sposób wypełnił zapo­wiedzi mesjańskie (por. KKK 549). Jednak nie przyszedł po to, by usunąć wszelkie cierpienia na ziemi, lecz by wyzwolić ludzi od największej niewoli, jaką jest grzech, który przeszkadza w ich powołaniu do synostwa Boże­go i powoduje wszystkie inne zniewolenia. Niemniej jednak przez swoją mękę i śmierć na krzyżu Chrystus nadal cierpieniu nowe znaczenie. Odtąd może ono słu­żyć upodabnianiu się do Niego i jednoczeniu ochrzczo­nego z Jego zbawczą męką (por. KKK 1505).

W Chrystusie cierpienie, które jest następ­stwem grzechu pierworodnego, otrzyma­ło nowe znaczenie: stało się uczestnictwem w Jego zbawczym dziele (por. KKK 1521). Jed­nym słowem: cierpienie nabrało wymiaru swoistego powołania dlatego, że Chrystus przybliżył się do świata ludzkiego cierpienia przez to, że sam to cierpienie wziął na sie­bie (SD 16). W Jego męce osiągnęło swój ze­nit. A ponieważ Bóg w Chrystusie do końca nas umiłował (1 J 4, 19) i posłał Syna swojego jako ofia­rę przebłagalną za nasze grzechy (tamże), dlatego cier­pienie weszło w całkowicie nowy wymiar i w nowy po­rządek: zostało związane z miłością (SD 18), która naj­pełniej wypowiedziała się na krzyżu. W Krzyżu Chry­stusa nie tylko Odkupienie dokonało się przez cierpienie, ale samo cierpienie ludzkie zostało też odkupione (SD 19) i wyniesione na poziom Odkupienia (tamże).

Dlaczego cierpienie?

Trudno jest dać jednoznaczną odpowiedź na pytanie o sens cierpienia i dlaczego Odkupienie dokonało się właśnie w ten sposób. Jest to tajemniczy zamysł Boga, zarazem wpisujący się w to powszechne doświadcze­nie, które na różne sposoby staje się udziałem każdego człowieka. Święty Jan Paweł II zauważa jednak, że od­powiedź na pytanie o cierpienie i jego sens daje Chry­stus nie samym swoim nauczaniem: Dobrą Nowiną, ale przede wszystkim własnym cierpieniem, które z tym nauczaniem, z Dobrą Nowiną, scalone jest w sposób or­ganiczny i nierozerwalny. Jest to jakby ostatnie, synte­tyczne słowo tego nauczania: «nauka krzyża», jak kie­dyś powie św. Paweł (SD 18).

Rozwijając tę myśl, Ojciec święty podejmuje próbę od­powiedzi na trudne pytanie o sens cierpienia i stwierdza, że w mesjańskim programie Chrystusa, który jest zarazem programem królestwa Bożego, cierpienie jest w świecie po to, ażeby wyzwalało miłość, ażeby rodziło uczynki miłości bliźniego, ażeby całą ludzką cywilizację przetwarzało w «cywilizację miłości»” (SD 30). A zatem „przez Chrystusa… i w Chrystusie rozjaśnia się zagadka cierpienia i śmierci” (SD 31).

Wynika z tego, że chrześcijanin, łącząc swoje trudne doświadczenie z Chrystusem, nie tyle pozbywa się cier­pienia, co raczej odkrywa głębszy jego sens. Co więcej, czuje się zaproszony do tego, aby – mówiąc słowami św. Pawła – dopełniać braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1,24). Oznacza to, że przyj­mując swój krzyż z wiarą, chrześcijanin może nie tylko odpokutować swoje winy, nawrócić się, przewartościo­wać oraz zmienić swoje życie oraz stosunek do spraw doczesnych, i bardziej skierować się ku sprawom wiecz­nym, ale także twórczo przyczynić się do zbawienia oraz uświęcenia innych. O ile człowiek staje się uczestni­kiem cierpień Chrystusa – w jakimkolwiek miejscu świa­ta i czasie historii – na swój sposób dopełnia to cierpienie, przez które Chrystus dokonał Odkupienia świata (SD 24).

Nie przyjmujemy Chrystusa bez krzyża

Taka postawa wobec rzeczywistości cierpienia jest w jakimś sensie konsekwencją przyjęcia na chrzcie świętym Jezusa Chrystusa za swego Pana i Zbawiciela. Jeżeli bowiem rozwój życia duchowego polega w isto­cie na chrystoformizacji, a więc coraz większym zjed­noczeniu i upodobnieniu do Chrystusa, który za nas cierpiał mękę, umarł i zmartwychwstał, to jest to za­razem proces progresywnej „krucyfikacji”, czyli świa­domej zgody na to, aby być wraz z Nim przybijanym do krzyża (por. Ga 2,19). Cierpieć bowiem – uczą św. Jan Paweł II – to znaczy stawać się jakby szczególnie podatnym, szczególnie otwartym na działanie zbawczych mocy Boga, ofiaro­wanych ludzkości w Chrystusie (SD 23). Nato­miast jak przestroga brzmi słynne powiedze­nie kard. Leona-Josepha Suenensa: Kto szuka Chrystusa bez krzyża, ten znajdzie krzyż bez Chrystusa. Oznacza to, że cierpienie nieofiarowane Bogu, staje się znacznie trudniejsze.

Owoce cierpienia

Mimo iż cierpienie w każdej postaci jest cięż­ką próbą, to w duchu wiary trzeba w nim wi­dzieć działanie łaski Bożej, która – jeśli będzie przyjęta z ufnością – nigdy nie pozostanie bez­owocna. Z tej racji – zdaniem św. Jana Paw­ła II – cierpienie posiada w obliczu Kościoła szczególną wartość. Jest takim dobrem, nad którym Kościół pochy­la się ze czcią poprzez całą głębię swej wiary w Odkupie­nie” (SD 24). Sam papież, jak pamiętamy chociażby z piel­grzymek do Ojczyzny, nigdy nie przeszedł obojętnie wo­bec cierpiących, niepełnosprawnych czy starszych. Za­wsze znajdował dla nich czas i spotykał się z nimi. Na przykład podczas VI Pielgrzymki do Ojczyzny mówił do chorych: To dzięki wam, dzięki waszej komunii z Ukrzy­żowanym, tak wiele bezcennych bogactw w swoim ducho­wym skarbcu posiada Kościół. Dzięki wam mogą z tego skarbca czerpać inni. Nic tak nie ubogaca innych, jak bez­interesowny dar cierpienia. Dlatego zawsze pamiętajcie, zwłaszcza gdy czujecie się osamotnieni, że bardzo potrze­buje was Kościół, świat, nasza Ojczyzna. Pamiętajcie też, że liczy na was Papież (Kraków, 9 VI 1997).

Także w wymiarze czysto naturalnym cierpienie może okazać się owocne dla rozwoju osobowego. Jak pisał św. Jan Paweł II, cierpienie jest również wezwa­niem do ujawnienia moralnej wielkości człowieka, jego duchowej dojrzałości (SD 22). Nieco dalej dodaje, że zawiera się w cierpieniu jakby szczególne wyzwanie do cnoty, którą człowiek musi wypracowywać ze swo­jej strony (SD 23). Cierpienie bowiem uczy pokory, to znaczy prawdy o sobie, a więc o przemijalności, ogra­niczonych możliwościach czy zależności od innych. Uczy cierpliwości wobec słabości i wad, a także empatii i wrażliwości na innych, którzy być może cierpią jesz­cze bardziej. Potwierdzają się więc z pozoru paradok­salnie brzmiące słowa Chrystusa, zapisane przez św. Pawła Apostoła: Moc bowiem w słabości się doskonali (2 Kor 12,9).

Ks. Marek Chmielewski

Cuda Eucharystyczne

Cuda eucharystyczne przyjmowały różnorakie formy. W wielu przypadkach święte Hostie krwawiły lub przemieniały się w widoczne Ciało, a eucharystyczna Krew Pańska w widoczną Krew. Czasami Hostie unosiły się w powietrzu lub były nienaruszone przez bardzo długi czas.

Czemu służą cuda eucharystyczne? Z faktów wynika, że pojawiały się one wtedy, gdy realna obecność Chrystusa w Eucharystii była podawana w wąt­pliwość łub – jeszcze częściej – gdy Najświęt­szy Sakrament był lekceważony, zaniedbywany, przyjmowany niegodnie, a nawet bezczeszczo­ny (np. cud w Santarem w Portugalii z 1266 r. czy cud w Pateno we Włoszech z 1772 r.). Było to więc wyjście naprzeciw ludzkiej słabości z ca­łym ryzykiem popadnięcia w materializm. Jest to tym bardziej istotne, że materializacje czy też swoiste udowadnianie świata duchowego do­konuje się często w kontekście fałszywej religij­ności i fałszywej mistyki, jak: spirytyzm, magia, teozofia, fałszywe objawienia.

Wiele cudów eucharystycznych jest znanych z bogatych źródeł historycznych. Już pierwsze wieki chrześcijaństwa zostawiły nam pisma i biografie świętych z opisami cudownych wy­darzeń związanych z Eucharystią. W III w. św. Cyprian opisuje historię kobiety, która prze­chowywała u siebie Ciało Pańskie (co było wte­dy dozwolonym zwyczajem), lecz przeszła na stronę herezji. Gdy po pewnym czasie otwo­rzyła skrzynię, w której znajdowała się Eucha­rystia, z wnętrza buchnęły płomienie ognia. To wydarzenie napełniło kobietę nie tylko strachem, ale także żalem i skruchą.

Ani magia ani rytualizm

Duchowość nie jest manifestacją jakiejś energii (a więc formą materii). Tak chcą po­strzegać duchowość niektórzy okultyści czy parapsychologowie. W tym ujęciu w Euchary­stii dostrzegają jeszcze jedno źródło życiodaj­nej energii. Tymczasem duchowości nie da się zmaterializować w takim sensie, że wyelimi­nuje się jej specyfikę. Taka postawa stanowi błąd „duchowego materializmu”, który szerzy się bez umiaru w ideologii New Age. Warto do­dać, że już wcześniej spirytyzm zmaterializo­wał świat ducha (V. Franki).

Duchowość może się natomiast wcielać w materię, a to jest co innego. W przypadku Eucharystii trzeba by powiedzieć jeszcze ina­czej: to wolny Duch Osobowy, Duch Boży, Je­zus Chrystus wciela się w materię, bo tego chce, a nie dlatego, że musi. Tajemnica Wcie­lenia określa tajemnicą Eucharystii. Chrystus jest realnie obecny we Mszy Świętej nie dlate­go, że takie są prawa konieczności. Jest to ta­jemnica wolności i miłości Boga. Należy w to wierzyć, zaufać Bogu, który sam objawił lu­dziom taki rodzaj swojej obecności (por. 1 Kor 11,24-25).

Jezus wciela sią w Eucharystię, bo tego chce, i trwa w niej, bo nam to obiecał jakby w mi­łosnym wyznaniu. Jeśli ludzie tracą wiarę, sprzeniewierzają się Bożej miłości wyrażonej w Eucharystii, to wówczas Bóg, by ich obudzić, ukazuje Niewidzialne w widzialnym. Taki akt zostaje dopuszczony przez Boga z racji ludz­kiej słabości. Jest to akt Bożego miłosierdzia. Potwierdza to kontekst tzw. cudów euchary­stycznych. Chodzi tu o kontekst wątpienia, lekceważenia, zdrady, a nawet profanacji. Dla tych głównie powodów zechciał Zbawiciel (choć może jeszcze dla innych, tylko Jemu zna­nych) w rożnych okresach i okolicznościach ukazać ludziom swa obecność poprzez cuda eucharystyczne.

Nie należy wykorzystywać cudów eucha­rystycznych w powierzchownej i fałszywej apologetyce rytualnego znaczenia Eucha­rystii lub nauczania jakiegoś przesadne­go lęku, który podszywałby się pod bojaźń Bożą. Nie chodzi tu więc o zewnętrzny rytualizm, który zbliżałby się do magii.

Cuda Eucharystyczne u świętych

Eucharystia to przede wszystkim zjedno­czenie z Bogiem, które ma realny i jakby ma­terialny wymiar. To ofiara, ale także komu­nia, która jest tej ofiary owocem i celem. Eu­charystia uzmysławia, że wszystko jest da­rem, usposabiając wierzących do wdzięcz­ności (por. Łk 22, 19; 1 Kor 11, 24) i pokory.

Darmowość Eucharystii promieniuje nie­kiedy w taki sposób, że Bóg w Jezusie Chry­stusie obdarowuje często świętych czy też pobożnych ludzi cudami eucharystyczny­mi. Nie mają one jednak charakteru wspo­mnianych materializacji i spektakularnych wydarzeń, ale są formą daru wewnętrzne­go wglądu w Tajemnicę Eucharystii (często w formie ekstazy, jak u św. Filipa Neri). Wte­dy wiara świętych pogłębia się, gdyż pogłę­bia się ich zrozumienie tajemnic Bożych.

Istnieją też cuda, które objawiają nie tyl­ko znaczenie i godność Eucharystii, ale tak­że jej moc w świecie widzialnym, czyli wła­dzę Boga nad stworzoną przez Niego mate­rią. Do tej kategorii można by zaliczyć np. cud eucharystycznego postu, czyli poży­wiania się wyłącznie Komunią Świętą – np. u św. Józefa z Kupertynu (powszechnie zna­nego z niezliczonych lewitacji), św. Anieli z Foligno, św. Róży z Limy czy współcześnie u Marty Robin.

Często też chodziło o realną Komunię Świętą przyjmowaną z rąk Zbawiciela (np. św. Katarzyna ze Sieny) czy też podawaną rękami Aniołów (św. Bonawentura, św. Sta­nisław Kostka). Należy tu przypomnieć cud eucharystyczny z Fatimy, kiedy to dzieci wi­działy krople Krwi spadające z Hostii do kie­licha, trzymanego przez Anioła Portugalii, który przyniósł im Komunię Świętą.

O znaczeniu Eucharystii dla naszego zba­wienia przypominała właśnie Maryja w Fa­timie przez Anioła, udzielającego dzieciom Komunii pod dwiema postaciami. Ten fakt przywodzi na myśl naukę Chrystusa: Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma ży­cie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu osta­tecznym (J 6, 54). Można by odwrócić ten pewnik wiary, zadając pytanie: co dzieje się z tym, kto nie spożywa Ciała i nie pije Krwi, bo utracił wiarę w Eucharystię? Bo głównie o wiarę tu chodzi.

Akt czystej wiary

Eucharystia wymaga wiary czystej i bezin­teresownej. Wierzę obietnicom Boga, bo zawierzyłem Jego miłości.

Czy cuda eucharystyczne dają dowód na tę mistyczną przemianę, o której mówił sam Je­zus, gdy stwierdzał: To jest Ciało moje (Łk 22,19)? Nie, bo sam cud – z teologicznego punk­tu widzenia – nigdy nie jest dowodem, ale tyl­ko znakiem. Taka jest logika tajemnicy Wciele­nia. Cuda eucharystyczne są po prostu skiero­wanym do wierzących znakiem, w którym jest tylko odrobinę więcej widzialności niż zwykle. Bóg to dopuszcza, byśmy w naszej słabości nie stracili wiary w Niewidzialne. To dlatego arcy­biskup Krakowa Karol Wojtyła, nawiedzając Lanciano we Włoszech w listopadzie 1974 r„ miejsce słynnego cudu eucharystyczne­go z VIII w., napisał: Spraw, abyśmy w Cie­bie bardziej wierzyli, pokładali nadzieję i miłowali.

Wiara ma zawsze swoje próby, coraz to nowe, często niezliczone. Będziemy zawsze wystawiani na kolejne, nawet je­śli w danym przypadku uda nam się zwycię­żyć. Im bowiem mniej pewności w sercu, tym więcej trzeba zewnętrznych dowodów. Żresz tą, kontekst poszczególnych cudów euchary­stycznych odnosił się zawsze do konkretnych osób, które utraciły ową wewnętrzną pewność.

Z drugiej strony ilość zewnętrznych do­wodów nie zawsze przechodzi w jakość we­wnętrznej pewności. Często bywa tak, że pewność maleje proporcjonalnie do ze­wnętrznej doskonałości dowodów. Doświad­czenie pokazuje, że ludzie, którzy wpadli w obsesję udowadniania wiary, są zawsze nienasyceni i bezskutecznie szukają coraz to nowych znaków. W tej postawie kryje się często zwykły upór niewiary, który z afek­tem wyraził B. Pascal: Jak ja nienawidzę tego błazeństwa, aby nie wierzyć w Eucharystię! Jeżeli Ewangelia jest prawdą, jeśli Chrystus jest Bogiem, jakaż w tym trudność? („Myśli”, nr 359 [402]).

Wiara i bezinteresowne zaufanie do Boga są niezbędne w cudach euchary­stycznych. Nawet jeśli można wykorzy­stać osiągnięcia nauki i eksperymen­talnie potwierdzić fakt chemicznej czy materialnej przemiany w cudzie eucha­rystycznym, nie jest to absolutny dowód na Bożą obecność. Prowadzono np. rze­telne i szczegółowe badania ludzkiego Cia­ła i Krwi, które cudownie ukazały się w cza­sie Mszy Świętej w formie fizykalnej pod­czas słynnego cudu w Lanciano. Do dzisiaj można zobaczyć zachowaną sieć naczyń tęt­niczych i żylnych czy tkankę mięśniową wła­ściwą mięśniowi sercowemu. Potwierdzono również prawdziwą hematologiczną struk­turę Krwi z Lanciano. Jednakże w skompli­kowanym świecie materii, który sam w so­bie jest tajemnicą, jest możliwe wyjaśnienie alternatywne, jeśli nie teraz, to w przyszło­ści. Niepewność pozostanie, jeśli liczymy na zewnętrzne dowody.

Cuda dokonujące się w materii mają po­budzić cuda dokonujące się w sercu, w wy­miarze duchowym, jak to właśnie stało się w Lanciano i w wielu innych miejscach. Cho­dzi o to, by ponownie zaufać Bożej obietnicy, by przejść do poziomu wiary. Jest to faktycz­nie prawdziwy cud, który może czynić wiel­kie cuda.

Pierwszy znany na świecie Cud Eucharystyczny, przebadany przez współczesną naukę, dokonał się w Lanciano.

Profesor Odoardo Linoli nie mógł uwie­rzyć własnym oczom. Raz za razem powta­rzał swe laboratoryjne analizy, ale wciąż uzy­skiwał ten sam rezultat. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że wyniki badań zaprzeczały prawom natury.

Ponieważ na efekty jego pracy nie mogli się doczekać franciszkanie z Lanciano, histopatolog poszedł na najbliższą pocztę i po­lecił nadać pilny telegram. 11 grudnia 1970 roku zakonnicy odebrali korespondencję. Zawierała tylko jedno zdanie napisane w ję­zyku łacińskim: In principio erat Verbum, et Verbum Caro factum est (Na początku było Słowo, a Słowo Ciałem się stało).

Wątpliwość

Profesor Odoardo Linoli był ordynatorem i dyrektorem Laboratorium Analiz Klinicz­nych i Anatomii Patologicznej w szpitalu Riuniti w Arezzo. Autor wielu publikacji nauko­wych, cieszył się opinią wybitnego specjali­sty w dziedzinie anatomii, histologii, patologii, chemii i mikroskopowych badań klinicznych. Nic więc dziwnego, że to właśnie jego wybrali franciszkanie, by dokonał analizy laboratoryj­nej pewnego fenomenu, choć sam przedmiot ich prośby mógł budzić zaskoczenie.

Chodziło bowiem o przemienioną Hostię przechowywaną w kościele św. Franciszka z Asyżu w Lanciano i czczoną tam od wie­ków jako dowód najstarszego na świecie Cudu Eucharystycznego. Najstarsze źródła pisane na ten temat pochodziły z XIV stulecia i opowiadały o zdarzeniu, które miało miejsce niemal sześćset lat wcześniej. Na początku VIII wieku pewien bazylianin, którego imie­nia nawet nie znamy, miał podczas odprawia­nia Mszy zwątpić w realną obecność Chry­stusa w Eucharystii. Wówczas doświadczył cudu: nagle spostrzegł, że wino w kielichu za­mienia się w krew, a chleb na paterze w ka­wałek ciała.

Od tamtego czasu małe miasteczko Lanciano w górskiej Abruzji stało się jednym z najważniejszych ośrodków kultu eucha­rystycznego na Półwyspie Apenińskim. Do tamtejszej świątyni zaczęli pielgrzymować liczni pątnicy, chcąc na własne oczy ujrzeć cząstkę Ciała Pańskiego i Jego Krew. Z upły­wem czasu rósł jednak sceptycyzm wobec wystawionej do adoracji relikwii. Prote­stantyzm, oświecenie czy pozytywizm odrzucały tego typu zjawiska nadprzy­rodzone jako zwiedzenia lub wymy­sły. Także wśród katolików coraz bar­dziej rosła nieufność do wszelkich cudowności związanych z reli­kwiami.

W XX wieku franciszkanie w Lanciano zaczęli zadawać sobie pytanie, czy przedmiot znajdujący się w kosztownym relikwiarzu na głównym ołtarzu ich świątyni rzeczywiście spełnia kryteria cudu, czy też jest tylko śre­dniowiecznym falsyfikatem. Paradoks polega na tym, że dziś nie da się udo­wodnić nadprzyrodzonego charakteru zjawisk bez odwołania się do nowocze­snej nauki i technologii. W tej sytuacji włoscy zakonnicy postanowili zwrócić się do badacza o uznanej renomie.

Ludzkie ciało

18 listopada 1970 roku profesor Lino­li przybył do Lanciano i w obecności miej­scowego biskupa Pacifico Perantoniego po­brał do ekspertyzy dwie próbki materiału zwanego w dokumentach kościelnych „relikwią Cudu Eucharystycznego”. Jak zapisa­no w protokole badań, lekarz nożyczkami chirurgicznymi odciął dwa małe fragmenty

O wadze około 20 miligramów i schował je do pojemnika. Następnie wyjął pięć zakrze­płych grudek Krwi i położył je na wadze ap­tekarskiej. Łącznie ważyły one 15,85 gra­ma. Naukowiec pobrał z nich próbkę ważą­cą 318 miligramów. Potem relikwie wróci­ły na miejsce, a relikwiarz został zapieczęto­wany przez biskupa.

To, co odkrył profesor Linoli, wprawiło go w osłupienie. Po pierwsze, on badany materiał jako ludzkie ciało i ludzką krew grupy AB minus. Ustalił, że fragment ciała jest przekro­jem serca i jest to absolutnie widocz­ne, że mamy do czynienia z prawą i lewą komorą sercową. Wykazał też, że mięsień sercowy i grudki krwi,

chociaż przechowywane były w re­likwiarzu przez setki lat, zachowały swój niezmieniony kształt fizykochemiczny oraz nie uległy rozkładowi. Stało się tak, mimo że nigdy zostały poddawane konser­wacji ani działaniu jakichkolwiek środków chemicznych, co również ustalono podczas ekspertyzy.

Po drugie – co jeszcze bardziej zdziwiło profesora Linolego – zarówno ciało, jak i krew wykazywały wszelkie właściwości odpowia­dające próbkom pobranym od osoby żyjącej. Frakcjonowanie protein w skrzepach było normalne i zachowywało procentową pro­porcję odpowiadającą świeżej krwi. Diagram odpowiadał krwi pobranej z ciała ludzkiego w dniu wykonywania badania. Te wyniki były tak szokujące, że włoski naukowiec wykonał aż pięćset analiz laboratoryjnych w ciągu pięciu miesięcy. Za każdym razem jednak uzyskiwał ten sam rezultat.

Powtórzenie ekspertyzy

Dla pewności Linoli postanowił zaprosić do swych badań innego wybitnego specjali­stę od anatomopatologii: szefa katedry ana­tomii prawidłowej na uniwersytecie w Sie­nie – profesora Ruggero Bertelliego. Ten, nie mniej zszokowany niż Linoli, potwier­dził we wszystkich punktach ekspertyzę swego kolegi po fachu.

4 marca 1971 roku badacze zorganizowali konferencję, podczas której ogłosili, że zja­wisko zaobserwowane przez nich w Lancia- no jest całkowicie niewytłumaczalne z na­ukowego punktu widzenia. W końcowym ra­porcie napisali: Wyniki badań medycznych są niepodważalne. Dziś nowoczesny sprzęt i rozległa wiedza medyczna w dziedzinie anatomii i histologii dają nam pewność co do ustalonych danych w granicach niebudzących już wątpliwości. Technika na pew­no jeszcze będzie się zmieniać, ale osiągnię­te wyniki już nie.

Dziesięć lat później profesor Linoli posta­nowił powtórzyć swą ekspertyzę. W 1981 roku jako obiekt badań wybrał jednak drugą z pobranych przez siebie próbek, której do tej pory nie poddawał analizie. Wynik oka­zał się identyczny jak w 1971 roku.

Ks. Aleksander Posacki SJ, Grzegorz Górny