Demon Południa

Jeżeli wszystkie inne demony podobne są do wschodzącego i zachodzącego słońca, gdyż obejmują tylko część duszy, to demon południa zwykł chwytać całą duszę i dusić umysł. (Ewagriusz z Pontu).

Demon ten atakował najczęściej w „południe życia ludzkiego”, czyli w okresie, gdy człowiek wchodził w wiek śred­ni. Potwierdza to współ­czesna wiedza, mówiąca, że momenty kryzysowe najczę­ściej dopadają czterdziestolatków.

W średniowieczu synonimem rachun­ku sumienia było słowo „saligia”. Po­wstało ono od pierwszych liter sied­miu grzechów głównych w języku ła­cińskim: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira, acedia. Przed spowie­dzią wierny w myślach przystawiał ko­lejne z owych grzechów do swojego ży­cia i rozeznawał, czy im ulegał. Na koń­cu zawsze dochodził do acedii, która na język polski tłumaczona jest jako lenistwo, co nie odpowiada dokładnie charakterowi tego zjawiska. Słowo to pochodzi od greckiego „akedia” i zostało wprowadzone do szerszego użytku przez pustelników w IV wieku.

Mówiono o nich wówczas, że peł­nią dla społeczności funkcję obron­ną w walce duchowej. Wychodzą bo­wiem na pustynię, aby z dala od ludz­kich siedzib wiązać w zmaganiach ze sobą złe duchy. Ojcowie Pustymi na­uczali, że za każdy rodzaj grzechu od­powiada konkretny demon. Na pod­stawie osobistego doświadczenia wie­loletniej walki duchowej jeden z nich, Ewagriusz z Pontu (345-399), doko­nał nawet klasyfikacji i wyróżnił osiem demonów, którym musiał stawiać czo­ła. Najbardziej uciążliwy to demon po­łudnia, który odpowiada za grzech ace­dii. Dla Ewagriusza nie jest to jednak zwykłe lenistwo, ale duchowa obojęt­ność, stan osłabienia duszy, zmęczenie, zniechęcenie, znużenie, melancholia.

 Atak Ósmego Demona

Ten demon atakował mnicha naj­częściej w południe. W najbardziej upalnej porze dnia, kiedy słońce na pu­stymi prażyło niemiłosiernie, pojawia­ły się pierwsze oznaki znużenia modli­twą i ascezą. Dzień zaczynał się wów­czas dłużyć. Człowieka ogarniała fi­zyczna ociężałość, ospałość, oschłość przygnębienie bez konkretnego powo­du, niewytłumaczalna gnuśność, nie­zdolność do koncentracji i działania. Był to jakiś stan duchowego paraliżu. Nawet modlitwa, która dawała radość, gubiła swój smak. Mnicha dopadał wtedy rozpaczliwy smutek, obezwład­niając jego rozum i wolę oraz zanurza­jąc go w świecie ułudy.

Jak pisał Ewagriusz, ten demon – w odróżnieniu od pozostałych – doty­kał nie jakiejś jednej cząstki, lecz całej duszy człowieka. Sprawiał, że człowiek tracił ochotę na cokolwiek, a z czasem rodziło się w nim obrzydzenie i niena­wiść do swej kondycji. Pojawiała się wówczas uporczywa myśl, że nale­ży natychmiast zmienić sposób swoje­go życia. Mnisi w stanie acedii porzu­cali swe duchowe powołanie, gdyż łu­dzili się, że w innym miejscu będzie im lepiej; mężczyźni żonaci porzucali nato­miast swe żony, gdyż to właśnie je ob­winiali o swoje cierpienia. Związywa­li się z obcymi kobietami i natychmiast odczuwali ulgę, ale tylko dlatego, że de­mon południa, widząc, iż osiągnął swój cel, celowo łagodził nacisk.

Kuszenie Czterdziestolatków

Nazwa złego ducha miała też do­datkowe wytłumaczenie: demon ten atakował najczęściej w „południe życia ludzkiego”, czyli w okresie, gdy człowiek wchodził w wiek śred­ni. Potwierdza to współczesna wie­dza, mówiąca, że momenty kryzysowe najczęściej dopadają czterdziesto­latków, którzy nagle potrafią zakwe­stionować całe swoje dotychczasowe życie. Obrazem acedii u Ewagriusza z Pon­tu jest widok mnicha bezmyślnie go­dzinami patrzącego w okno. Ten wzrok utkwiony w oknie jest pragnie­niem ucieczki od rzeczywistości. Wy­obraźnia podsuwa wówczas różne wspomnienia, obrazy, fantazje, które podpowiadają, że w innym miejscu, w innym stanie nasze życie byłoby lep­sze, bardziej wartościowe. Demon po­łudnia nakłania, by uciec od samego siebie i zanegować Boży plan związa­ny z życiem człowieka.

Czesław Miłosz pisał kiedyś, że przed wiekami acedia była doświad­czeniem jedynie samotnych eremitów, dziś natomiast jest czymś, co dotyka bezpośrednio i osobiście milionowych mas. Czy dzieje się tak dlatego, że we współczesnych społeczeństwach nie ma pustelników, którzy związywali­by demony w walce duchowej? Gdy­by Ewagriusz z Pontu żył dzisiaj, być może opisałby ludzi godzinami wpa­trujących się bezmyślnie nie w okno, lecz w ekran telewizora.

Używając nieco innego języka, Carl Gustav Jung nazywał to samo zjawi­sko „kryzysem wieku średniego”. Jego przykładem może być współczesna plaga depresji, wewnętrznego wypale­nia lub rozwodów, których siłą spraw­czą są najczęściej mężczyźni po czter­dziestce, próbujący odnaleźć „nowe życie” i „drugą młodość” w ramionach innych kobiet.

Osamotnienie Zranionego „Ja”

Ewagriusz z Pontu w swym sub­telnym wywodzie wyróżnił aż dzie­więć stopni acedii, która rozpoczy­na się od przesadnego, nieproporcjo­nalnego lęku przed trudnościami, po­przez znużenie, niechęć do jakiegokol­wiek wysiłku, brak wytrwałości i niedbałość w przestrzeganiu zasad, aż do ulegania pokusom i poddania się zmy­słowym pragnieniom.

Gdy demon południa opanuje du­szę, w krańcowych przypadkach koń­czy się na folgowaniu żądzom, chęci używania wszystkiego, a z czasem na kompletnym zatraceniu sensu życia. Ewagriusz pisze, że bardzo trudno jest wesprzeć człowieka pogrążonego w acedii, gdyż ma on poczucie niezro­zumienia i opuszczenia przez wszystkich. Wciąż oczekuje pocieszenia, a gdy go nie otrzymuje, oskarża oto­czenie o obojętność i brak miłości. Są chwile, gdy ma wrażenie, jakby cały świat zmówił się przeciwko niemu.

W sumie żadna osoba postron­na nie jest w stanie pomóc takie­mu człowiekowi, gdyż toczy on we­wnętrzną walkę, w której przeciw­nikiem nie jest ani żona, ani kole­dzy z pracy, ani współbracia w ka­płaństwie, lecz własne „ja”. To wła­śnie w owym zranionym „ja” kryje się – zdaniem eremity z Pontu – główna przyczyna acedii. Jest nią egoistyczna i nieuporządkowana miłość własna, często nieuświadomiona.

Duchowe Zmaganie

Jakie jest, według Ojców Pusty­ni, lekarstwo na tą duchową choro­bę? Otóż zalecają oni cierpliwe i wy­trwałe przetrzymanie tego stanu, który jest okresem pewnej duchowej próby. W tym czasie należy zachowywać umiar w postępowaniu, trzymać się powziętych postanowień, a przede wszystkim w każdej chwili uciekać się do Boga. Gdy człowieka męczy modlitwa, niech wzdycha z pokorą do Boga, błagając Go o ratunek. Najlep­szą formułą jest powtarzanie modli­twy Jezusowej: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną, grzesznikiem”. Albo jeszcze krócej: „Jezu, ufam Tobie”.

W tego typu bolesnych zmaganiach często wypala się nieuporządkowana miłość własna, a człowiek zaczyna do­świadczać, że jedyne, co go trzyma przy życiu, to Boża opieka. Wtedy zaczyna opierać swoje życie nie na sobie, lecz na Bogu. Widzi, że jedyną jego nadzie­ją nie są własne zasługi, lecz Boże mi­łosierdzie.

Grzegorz Górny

Pęknięta cięciwa

Pewien człowiek wyjechał do pracy za granicę. Zatrudnił się w garbarni. By zaoszczędzić zamieszkał w stróżówce tuż obok miejsca pracy. Wstał wcześnie rano i do zmierzchu intensywnie pracował. Jego koledzy zaś wynajęli mieszkanie w  pobliskiej miejscowości i prowadzili normalne życie. On uważał że szkoda pieniędzy i czasu na dojazdy. Zaoszczędzony czas chciał przeznaczyć na pracę.

Minął miesiąc, może trochę więcej… Koledzy jak zwykle w poniedziałek, po weekendzie, przyjechali do zakładu, ale nie zastali swojego towarzysza. Wła­ściciel garbarni oznajmił im, że ten nagle spakował się i wyjechał. Kupił bilet lotniczy i rezygnując z bar­dzo dobrych zarobków, wrócił do Polski. Po prostu miał dość – nie wytrzymał. Pękła napięta cięciwa.

Skutki przemęczenia

Lenistwo jest częstszą przywarą niż pracoho­lizm. Niemniej ten drugi też nie jest rzadki i nie należy go lekceważyć. Każdy brak umiaru jest szkodliwy i nie chodzi tu wyłącznie o aspekt zdrowotny, ale również o duchowy. Święty To­masz z Akwinu przywołuje przykład z nacią­gniętą cięciwą luku. Gdy cały czas jest ona moc­no napięta, to zmęczenie materiału sprawia, że w końcu pęka. Podobnie było w tym przypadku. Lekceważenie odpoczynku, relaksu, oderwania się od spraw związanych z codziennym zarob­kiem było przejawem braku roztropności. Bez nich ów człowiek wyczerpał swoje siły fizyczne, ale chyba przede wszystkim psychiczne.

Zjawisko „pękniętej cięciwy” nie dotyczy tyl­ko pracy zawodowej. Jeśli ktoś nie panuje nad nerwa­mi, jest ciągle rozdrażniony, wybuchowy, a jednocz­śnie nieustannie „żyje w biegu”, niedosypiając, rezy­gnując z weekendów czy urlopów, to bardzo trudno bę­dzie mu powstrzymywać złe emocje. Wszelkie wysiłki zmierzające do postępu w tym zakresie spełzną na ni­czym. Można wręcz powiedzieć, że w takich przypad­kach roztropny wypoczynek, zebranie sił, jest niezbęd­nym warunkiem postępu duchowego!

Wypoczynek sprzyja regeneracji sił. Sam w sobie nie jest grzechem, ale – to ważne – nie jest również celem naszego życia. Celem jest działanie, które prowadzi do wytworze­nia dóbr duchowych, lecz także mających cha­rakter materialny, doczesny. Dlatego Cyceron powiedział: Natura nas nie zrodziła do zaba­wy i żartów, ale raczej do czegoś twardego i do zajęć poważniejszych i większych.

Między pracoholizmem a lenistwem

Myśl starożytna (a potem katolicka) już przed wiekami wskazała na pozytywne aspek­ty zabawy oraz odpoczynku, a nawet opisała specjalną cnotę odpowiadającą za ich dobre funkcjonowanie. 0 ile fizyczny odpoczynek (zwłasz­cza po intensywnej pracy) polega na bierności rucho­wej (np. leżeniu), to odpoczynek psychiczny wiąże się ze zmianą „obiektu uwagi” i obniżeniem natężenia ne­gatywnych emocji. Tak jak ciało nabiera sił, nie wyko­nując forsownych czynności, tak intelekt koncentruje się na rzeczach mniej poważnych, niewymagających skupienia i natężenia myśli oraz emocji. W starożyt­ności ludzie wolni zazwyczaj nie pracowali fizycznie, dlatego zainteresowania filozofów nie budził bierny odpoczynek (zresztą nie było w nim wielkiej filozofii), ale odpoczynek oparty na dobrej zabawie. Z grecka na­zywa się on eutrapelią.

Arystoteles definiuje wspomnianą cnotę jako umiejęt­ność zabawienia innych rozmową, ale i „doznawania ra­dości z dowcipu”. Św. Tomasz określa ją zaś łacińską na­zwą iucunditas (dowcipność), ewentualnie bona conver- satio (dobra rozmowa towarzyska). Chodzi zatem o umie­jętność prowadzenia relaksującej rozmowy towarzyskiej. W iucunditas występują dwa momenty: czynny i bierny. Z jednej strony mamy wyuczone działanie, polegające na umiejętności rozweselania towarzystwa, a z drugiej – umiejętne, taktowne reagowanie na dowcip.

Eutrapelia we współczesnym świecie

Zabawa oparta na towarzyskich pogwarkach ze współczesnego punktu widzenia wydaje się dosyć nud­ną rozrywką. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości w tym zakresie. Ale i dawniej dopuszczano inne for­my rozrywki, jak choćby teatr. Spektakl musiał jed­nak reprezentować odpowiedni poziom moralny i in­telektualny. Św. Tomasz generalnie uważał zawód ko­medianta za godziwy (nawet pomimo nadmiernej kon­centracji na rozrywce), bo służący rozweselaniu ludzi. Jednak przedstawienie musi spełniać pewne podstawowe warunki. Przede wszystkim nie może zawierać niedozwolonych słów lub czynności. Nie może też bawić sprawami, które po prostu nie po­winny być przedmiotem wesołości, a także nie nale­ży go urządzać „w nieodpowiednim czasie”.

Współczesna „rozrywka komediancka” to nie tylko teatr; dochodzi tutaj film, kabaret, na swój sposób „rozweselaczami” są również sportowcy (lub nie – zależy od wyniku meczu) i piosenka­rze. Niestety, dominuje rozrywka wulgarna i pry­mitywna, której celem jest nie tyle relaks i weso­łość, co kryjąca się za nią męcząca psychicznie manipulacja.

Dodatkowo możemy jeszcze uprawiać sport, tu­rystykę, szeroko rozumiane hobby, czytać cieka­wą lekturę czy wspólnie biesiadować. Wszystkie te obszary ludzkiej aktywności wymagają znale­zienia złotego środka, czyli odnajdywania tego, co jest w danych okolicznościach godziwe. W spo­rcie, turystyce, lekturze, a przede wszystkim w biesiadowaniu można utracić zdrowy umiar, ale można też korzystać z nich racjonalnie, nie przekraczając granicy, za którą jest wada

Manicheizm i rygoryzm

W krytyce zabawy i odpoczynku można pójść za daleko. Czasami w środowiskach ka­tolickich traktowane są one w sposób manichejski. Kojarzą się zawsze z czymś złym, pry­mitywnym, niegodnym. Jeśli nawet tak rze­czywiście bywa, to nie każda zabawa jest zła ze swej istoty. Zazwyczaj taką się staje przez jej wynaturzenie.

Musimy zatem nieustannie szukać zdrowe­go umiaru między „poważną działalnością” a zabawą, ale również w samej zabawie. Skłon­ność do czasowego zapamiętania się w niej jest również formą mniej lub bardziej zakamu­flowanego lenistwa. Po drugiej stronie mamy zaś przesadę w pracowitości, jak przytoczona na początku autentyczna historia.

Zdarza się, że religijny rygoryzm niekiedy odrzuca zabawę i odpoczynek, nie dlatego, że są złe same w sobie, ale ze względu na to, że uważa je za niegodne prawdziwego chrześci­janina. Na tym świecie, jak twierdzą rygoryści, nie ma czasu na żarty. Argumentują tak: Niewiele mamy czasu tu na ziemi, nie może­my go marnotrawić na rozrywkę. Odpocznie­my po drugiej stronie. To prawda, stworzeni je­steśmy dla nieba, a nie dla śmiertelnych pocze­kalni ziemi, dlatego powinniśmy prowadzić ja­kąś formę pozytywnej działalności, a nie tyl­ko odpoczywać. Musimy sobie jednak odpo­wiedzieć na proste pytanie: czy mamy praco­wać dla samej pracy, czy ma ona dawać nam przede wszystkim jakieś efekty? Gdy pracu­jemy bez wytchnienia, jesteśmy przemęczeni i automatycznie stajemy się mniej efektywni, dlatego pogarda dla odpoczynku pod wznio­słym hasłem, „niemarnotrawienia czasu” pro­wadzi do nieproduktywności, a w życiu ducho­wym może być przyczyną upadków.

Oczywiście trzeba tu zawsze roztropnie wy­ważyć wszystkie „za” i „przeciw”, żeby pod po­zorem „regenerującego siły odpoczynku” nie wkradło się lenistwo. Każda sytuacja i każ­dy człowiek wymaga specjalnego rozeznania, bo każdy ma swoją granicę, po przekroczeniu której jego wydajność w pracy zawodowej czy duchowej staje się mniejsza.

Ponadto za takim wzniosłym pracoholi­zmem może kryć się nieufność w opiekę Bożą i chęć zrobienia wszystkiego po swojemu. Pa­miętajmy, że dużo możemy uzyskać dzięki mo­dlitwie. Wraz z pracą powinniśmy się otwie­rać na działanie łaski i pomoc Bożą, a nie tyl­ko polegać na tym, co zrobimy sami, swoim wysiłkiem. Stąd już tylko krok do pychy. Be­nedyktyńskie hasło „módl się i pracuj!” aktu­alne jest nie tylko wśród mnichów, ale rów­nież wśród chrześcijan pracujących we współ­czesnych społeczeństwach.

Mechanizm zatracania

Jednak w większości przypadków pracoho­lizm ma bardziej prozaiczną przyczynę. U jego podstaw znajduje się najczęściej pieniądz. Oso­by zatrudnione w wielkich korporacjach czy nawet prowadzące własną firmę tracą miarę w pogoni za mamoną, pracując do późnych go­dzin, także w dni wolne. Oczywiście za tą po­gonią kryje się jakaś idea: budowy własne­go domu, wakacyjnych wojaży, podniesienia prestiżu wśród znajomych czy po prostu ży­cia na wysokim poziomie. Bywa, że motywa­cja jest słuszna: bo czy idea zbudowania domu dla własnej rodziny jest zła? Niemniej w pew­nym momencie sposób jej realizacji sprawia, że wszystko się psuje.

Ten mechanizm w nieco innym kontekście opisał już Szekspir w „Makbecie”:

Często, przyjacielu,

Narzędzia pieklą prawdę nam podają,

Aby nas w zgubne potem sieci wplątać;

Łudzą nam duszę uczciwym pozorem,

Aby nas znęcić w przepaść następstw

Tutaj też idea jest dobra, ale po pewnym cza­sie okazuje się, że zbudowaliśmy dom, lecz po drodze utraciliśmy coś, co jest esencją życia w tym domu, czyli miłość w rodzinie. Nieraz można obserwować ludzi znerwicowanych, dziwnie napiętych, niepotrafiących cieszyć się dniem, a to dlatego, że dla nich najważniej­sza jest praca, perfekcjonizm i pogoń za zy­skiem, niekiedy podlewana wzniosłymi ide­ami. Przez tę pogoń tracą umiar i… to „coś”. To „coś” jest ważniejsze od tego, co zyskują dzię­ki ciągłej gonitwie. Znowu pęka cięciwa, tylko to pęknięcie ma inny wymiar niż w przypadku człowieka pracującego w garbarni. Niekiedy trzeba dużej roztropności, żeby dokonać wła­ściwego wyboru, bo co zrobić, jeśli zwolnienie tempa życia jest niemożliwe, gdyż wiąże się np. z utratą pracy w ogóle?

Problem pracy i odpoczynku (zabawy) pole­ga na ciągłym poszukiwaniu „złotego środka” pomiędzy nimi. Jego odnalezienie wymaga dużej czujności i roztropności. W tych poszu­kiwaniach należy się trzymać starej, chrze­ścijańskiej zasady: Po owocach ich poznacie. Badajmy zatem owoce naszych działań, one będą dla nas wskazówką.

Dariusz Zalewski

Człowiek bez modlitwy uwielbienia nie żyje

Dlaczego mówi się, że uwielbienie to najważniejsza i „najskuteczniejsza” modlitwa?

Ks. Jan Reczek: Pewnie dlatego, że ona właśnie wyraża relację Bóg  człowiek w prawdziwej perspektywie. Bóg jest Dawcą. Jest Stwórcą wszystkiego. Ja jestem stworzeniem. Wszystko otrzymałem – moje istnienie zostało mi podarowane. Wszystko, co mam, jest łaską. Postawa uwielbienia najbardziej odzwierciedla ten właśnie porządek, najbardziej określa, kto jakie miejsce zajmuje. Gdy uwielbiam, nie koncentruję się na sobie, ważny jest Ten, który Jest. Okazuje się, że właśnie wtedy moje serce pozostaje najbardziej otwarte na Boże działanie.

Panu Bogu nasze uwielbienie nie jest chyba do szczęścia potrzebne?

On rzeczywiście nic od nas nie potrzebuje, jest doskonałością, jest pełnią. Nic Mu nie możemy dodać, ale pragnieniem Jego miłości jest, żeby ta pełnia jakby przelewała się do „innych naczyń”, do żywych ludzkich serc. Kiedy to się może dokonywać? Właśnie wtedy, kiedy zajmujemy swoje miejsce – uznając kim wobec Niego jesteśmy i Kim On jest – pozwalamy Mu działać w sobie. I wtedy doświadczamy najhojniejszego obdarowania.

Jak ta nasza ziemska rzeczywistość łączy się z Niebem, kiedy uwielbiamy Boga?

Co się dzieje w Niebie, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, bo nawet nie potrafimy adekwatnie wyrazić niebiańskiej rzeczywistości; pozostaje ona czymś nieopisanie odległym od naszych pojęć. Święty Paweł krótko napisał: ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało ani w serce człowieka nie wstąpiło, co Bóg przygotował tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9). Z pewnością panuje tam wielka radość z człowieka, który jednoczy się swym sercem z Bogiem; który – w nadziei – już staje się uczestnikiem Nieba, skoro umie spotkać się z Ojcem niebieskim i ze Zbawicielem.

Łatwiej powiedzieć, co się dzieje w nas, co dzieje się w człowieku, który wielbi Boga. Podobny jest wtedy do kogoś, kto „wychodzi na słońce” i poddaje się działaniu jego promieni, chociaż o tym nie myśli. Cieszy się tylko, że jest piękna pogoda, a jakby produktem ubocznym okazuje się, że słońce dokonało cudów w jego organizmie. Jesteśmy jak człowiek, który oddycha nieskażonym powietrzem i nawet nie myśli o tym, że właśnie się dotlenia, a to mu przecież najbardziej służy.

Na czym polega zasadnicza „teologiczna” różnica między modlitwą uwielbienia a modlitwą dziękczynienia?

Warto się zatrzymać nad tą różnicą, bo często modlitwa uwielbienia jest mylnie utożsamiana z modlitwą dziękczynienia. Dziękczynienie jest w praktyce czymś łatwiejszym. Rodzi się spontanicznie w obliczu doświadczanego daru. Jest oczywistą reakcją wierzącego serca. Nietrudno wymieniać te różne dary, za które czujemy wdzięczność wobec Boga. Natomiast uwielbiamy Boga raczej nie „za coś” (chociaż i to jest możliwe), tylko „w Jego dziełach”. Uwielbienie jest darmową adoracją Boga, zupełnie bezinteresowną i dlatego przyjmując taką postawę, nie myślimy o tym, za co jesteśmy wdzięczni, tylko głosimy Jego wielkość.

Naszą modlitwą możemy uwielbiać Boga „za Jego dzieła”, „za Jego dary” (co sygnalizowałem przed chwilą), ale wtedy akcent pada nie na podziękowanie, tylko na oddanie Mu chwały: są to jakby oklaski dla Pana Boga za to, co uczynił. Ten aspekt uwielbienia jest bardzo widoczny w radości Najświętszej Maryi Panny śpiewającej w Ain Karim Magnificat.

Najważniejszą modlitwą uwielbienia jest oczywiście Eucharystia. W jakiej postawie powinniśmy ją przeżywać?

Skoro w soborowym wyznaniu wiary Eucharystia jest określona jako „źródło i szczyt życia chrześcijańskiego”, to nie ulega wątpliwości: udział w Eucharystii – szczery, zaangażowany, prawdziwie jednoczący z Jezusem – jest szczytem naszego dziękczynienia i uwielbienia. Najwspanialej uwielbił Boga sam Jezus w swojej ofierze. My się do naszego Pana przyłączamy, od Niego uczymy, razem z Nim spełniamy największe dzieło chwały.

Jak w praktyczny sposób, w codzienności możemy uwielbiać Boga?

Wielkość człowieka wyraża się w wolności woli i dlatego niezwykle cenny jest każdy akt uwielbienia zrodzony ze świadomej decyzji oddania Bogu chwały. Wielką wartość ma każde wypowiedzenie tego słowami, a jeszcze większą – wyśpiewanie (quis cantat, bis orat  kto śpiewa, podwójnie się modli). Sądzę jednak, że największym uwielbieniem Boga jest nasze posłuszeństwo wobec Niego, postępowanie według Bożego Słowa. Uznajemy wtedy (w duchu zawierzenia) mądrość Bożego objawienia. Uwierzenie Bogu i pokorna uległość Jego mądrości, są szczególnym oddaniem Mu chwały.

Uwielbienie jako sposób oddawania czci Bogu w modlitwie, nabiera szczególnego wymiaru we wspólnotach charyzmatycznych. Jaką wartość ma taka modlitwa wspólnotowa?

Kiedy gromadzimy się razem w uwielbieniu, doświadczamy podwójnego owocu. Po pierwsze ta postawa uwielbienia nas jednoczy. W atmosferze uwielbienia nikną nieistotne mury i podziały, które zrodziły się z różnorodności, a nawet z grzechu, który oddalił ludzi od siebie. Po drugie, ta modlitwa jest oczyszczająca. Zarówno problemy osobiste jak i wspólnotowe nagle widziane są w innych proporcjach, stają się mało ważne. Uwielbienie zawsze „wyciąga” człowieka ponad to, co tylko ludzkie, przyziemne, a tym bardziej ponad to, co grzeszne.

Czy warto modlić się o dar języków?

Duch Święty uzdalnia każdego do życia wiary, do relacji z Bogiem. To On jest Mocą uzdalniającą do przeniesienia spojrzenia z samego siebie na Boga. Jak zaznacza święty Paweł, to Duch Święty pozwala nam doświadczać dziecięctwa Bożego i mówić: „Abba, Ojcze!” (por. Rz 8,15n). Także dzięki Niemu jesteśmy zdolni do wyznania: „Panem jest Jezus” (zob. 1 Kor 12,3). Równocześnie, choć jesteśmy uzdolnieni do uwielbienia, doświadczamy ubóstwa naszej ludzkiej mowy. W samym polskim języku ileż mamy sformułowań, którymi możemy wyrazić postawę uwielbienia? Powiem: „uwielbiam”, „oddaję cześć”, „chwalę”, „adoruję”… Bardzo szybko wyczerpuje się zasób słów. I tutaj widzimy jak wielkim darem jest modlitwa w językach – poza intelektualnymi pojęciami; modlitwa wzbudzona przez Ducha Świętego, w której trwamy w uwielbieniu, choć nie pojmujemy słów, które to wyrażają.

Czy w podobny sposób oddają Stwórcy chwałę małe dzieci swoim gaworzeniem [Usta dzieci i niemowląt oddają Ci chwałę (Ps 8,3)]?

„Chwałą Boga jest człowiek żyjący” – głosił święty Ireneusz z Lyonu. W ogóle całe, pełne harmonii i piękna dzieło stworzenia, jest ogłoszeniem wielkości niepojętego Boga i w tym sensie jest narzędziem Jego chwały. Co do gaworzenia dzieci, wiemy że ono nie jest świadomym działaniem i sadzę, że dlatego nie jest uwielbieniem najwyższym. Małe dzieci już są chwałą Boga, chociaż o tym nie wiedzą. Chyba do tego nawiązywał Psalmista, bo maluchy są bliskie ogłaszaniu wielkości Boga przez wszystko, co stworzone. Bez wątpienia bardziej doniośle potrafi oddać Mu cześć myślący – tym bardziej świadomy swego odkupienia – człowiek dorosły.

Nawet w sytuacjach, gdy nie wszystko układa się po naszej myśli…?

Jakie to ważne, żebyśmy byli wierni! Próba wiary, chwile ciemności są wpisane w dojrzewanie człowieka. Łatwo jest wychwalać Pana Boga, gdy nic nie dokucza i mamy pełny żołądek. Ale przecież porządek naszego życia się nie zmienia, gdy jakieś sprawy nie idą po naszej myśli: nadal wszystko jest łaską, wszystko otrzymaliśmy z dłoni Bożej. Oddawanie Bogu chwały pośród trudu jest zwycięstwem nad zasadzkami zła. Świadectwo Hioba wydaje się dość jasnym pouczeniem…

Posługuje ksiądz modlitwą charyzmatyczną o uwolnienie, pełnił ksiądz też posługę egzorcysty. Czy w czasie tych modlitw, którym towarzyszyła modlitwa uwielbienia, miały miejsce jakieś szczególne Boże interwencje?

Modlitwa uwielbienia, ponieważ ustawia nas w prawdziwej relacji do Boga, najbardziej otwiera zdrój Jego miłosierdzia. Dlatego uwielbienie Boga i Chrystusa, towarzyszące modlitwie wstawienniczej o uzdrowienie czy nawet egzorcyzmom, ma duże znaczenie. Tam, gdzie kapłańską modlitwę wspomaga grupa charyzmatyczna, zawsze parę osób oddanych jest uwielbieniu. Są mocne świadectwa o takich sytuacjach, w których modlitwa uwielbienia (zwłaszcza modlitwa w językach), zanoszona równocześnie z kapłańską posługą uwolnienia, była narzędziem wielkiego osłabienia złego ducha, który dręczył człowieka. Tak więc jest to mocny oręż. Sam mam w pamięci doświadczenie wielkiego sprzeciwu złego ducha właśnie wobec modlitwy uwielbienia. Sprawując raz egzorcyzm liturgiczny nad człowiekiem, który wszedł w tarapaty przez zaangażowanie w muzykę, zawiesiłem na chwilę modlitwę liturgiczną i wraz z osobami towarzyszącymi podjąłem śpiew „Jezus Najwyższe Imię” – dobrze znaną nam wszystkim piosenkę pełną uwielbienia. Opór Złego wobec tej pieśni był o wiele większy niż wobec liturgicznych błagań czy nawet rozkazów. Przez usta zniewolonego człowieka zaczął krzyczeć wniebogłosy: „Nienawidzę śpiewu! Nienawidzę!”, okazując, jak bardzo mu dokucza chwała Boga i uwielbienie Jezusa.

Dlaczego w Kościele katolickim, poza wspólnotami charyzmatycznymi, tak mało podkreśla się znaczenie tej modlitwy? Przykładem dla nas mogłyby być wspólnoty protestanckie, gdzie uwielbienie odgrywa kluczową rolę w praktykach religijnych, stąd ich wiara wydaje się jakby bardziej żywa.

Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że w Kościele modlitwa uwielbienia jest mało podkreślona. Może nie zawsze wszystko bywało do końca wypowiedziane, ale ta modlitwa była obecna w życiu Kościoła nieustannie, chociaż w inny, niż proponujemy dzisiaj w poruszeniu charyzmatycznym, sposób. Przecież nabożeństwa pasyjne (Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale), modlitwa adoracyjna (zwłaszcza wobec Jezusa w Najświętszym Sakramencie), procesje teoforyczne, całe misterium Bożego Ciała – to wielkie uwielbienie. Jedyne, co wydaje się tutaj godne zauważenia, w kontekście podejrzenia, że zagubiona została doniosłość tej postawy, to fakt, że w ostatnich wiekach praktyka modlitwy szła po linii obrony prawdy precyzowanej przez teologię. Wiele tekstów, sformułowań liturgicznych czy nawet śpiewów wyrażało przekonania, których trzeba było bronić przed tendencjami heretyckimi. Tak więc główny nurt pobożności szedł po linii refleksji teologicznej. Bogactwem dzisiejszej religijności jest prosty, osobisty akcent, szczere otwarcie serca na wzór psalmisty. Wraz z mocno obecnym pierwiastkiem biblijnym w nowych modlitwach i zwłaszcza pieśniach, wydaje się to ważne i owocne.

Czym różni się cześć jaką oddajemy świętym, od tej, która przysługuje wyłącznie Bogu?

Teologia ascetyczna dokonuje rozróżnienia między modlitwą „pochwalną (czci)” i „uwielbienia”. Uwielbienie w sensie ścisłym – dotyczy tylko Boga, natomiast wobec Świętych nasza cześć jest kultem pochwalnym. Oddawanie czci, to trochę inna kategoria niż uwielbienie, które jest najwyższą adoracją zarezerwowaną wyłącznie dla Pana wszechrzeczy. Jeżeli więc możemy mówić np. o Różańcu jako formie uwielbienia, nie jest to uwielbienie Maryi. Raczej wraz z Maryją uwielbiamy Jezusa w Jego zbawczych tajemnicach. Rozważamy współudział Jego Najświętszej Matki. Jednoczymy się z Nią i doświadczamy, że Maryja dopełnia naszej ludzkiej nieporadności. Równocześnie okazuje się, że zwłaszcza kiedy Ją pozdrawiamy, Ona dużo może uczynić dla nas przed Bogiem.

Różni święci prorokowali, że w Niebie nasze szczęście będzie polegało właśnie na wielbieniu Boga. Czy nie wydaje się to zbyt abstrakcyjną zachętą do lepszego życia?

Myślę, że dla większości ludzi dojrzewających w wierze pozostaje to zachwycającą i pociągającą tajemnicą. Rzeczywistością jakby odległą i abstrakcyjną, ale tylko „jakby”. Bo życie wiary pozwalaj już tutaj otworzyć serce na świat, do którego prowadzi prawdziwe uwielbienie. Ono już tutaj, na tej ziemi, wprowadza w doświadczenie jedności i miłości w Duchu Świętym – a to jest Królestwo Boże. Prawdziwe uwielbienie to „pokój i radość w Duchu Świętym” (Rz 14,17), które wypełniają ludzkie serce. Ci, którzy wchodzą w nurt uwielbienia wiedzą, że człowiekowi niewiele potrzeba, albo tylko jednego (por. Łk 10,42). Tego rodzaju chwila już tu, na ziemi, chętnie jest przedłużana… Dwie godziny uwielbienia to wielka radość. Przeżyjmy ją wspólnie!

Ks. Jan Reczek