Różańcowe zamyślenia.

Październik został uznany za miesiąc maryjny, więc kiedy lepiej rozmawiać o różańcu niż właśnie w październiku? Różaniec jest modlitwą bardzo ciekawą i paradoksalną: jest i łatwy, i trudny jednocześnie; jest i prosty teologicznie, i głęboki; odmawianie go może być szalenie pociągające, ale bywa, że także nudne i nużące. Jest w nim po prostu coś… ludzkiego.

Różaniec wielu kojarzy się z modlitwą dla babć, które klepią zdrowaśki w ławkach ciemnego kościoła. Wydaje mi się jednak, że nieodczuwanie bliskości sacrum, gdy jest się świadkiem takiego wydarzenia, może świadczyć jedynie o jakiejś chorobie duszy. Papież Pius IX powiedział bowiem: „Dajcie mi armię modlących się na różańcu, a podbiję świat”. A w jeszcze innym miejscu: „Różaniec to broń pozwalająca zwyciężyć demony”. Różaniec jest jedną z najbardziej męskich modlitw, jakie wymyślono. Odegrał, jak wierzymy, wielką rolę w bitwach pod Lepanto w 1571 roku, pod Wiedniem w 1683 roku i w Bitwie Warszawskiej w 1920 roku.

Być może kryzys męskości spowodował, że za tę broń teraz muszą chwytać głównie kobiety.

Początki różańca

Nie da się wskazać konkretnego momentu, który można by uznać za moment powstania tej formy modlitwy. Moglibyśmy właściwie powiedzieć, że pierwszy różaniec to słowa małego Jezuska, który wołał do swojej Matki: „Mamo! Mamo!”. Od tamtej pory ta praktyka religijna, związana z uciekaniem się do Maryi, była rozwijana, a kolejne pokolenia udoskonalały jej formę, dodając nowe elementy i znaczenia.

Moje myślenie o różańcu, czyli modlitwie rytmicznej i monotonnej, jest mocno osadzone w fakcie, że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, gdy za wiarę w Chrystusa groziła śmierć, chrześcijanie, którzy potajemnie spotykali się w katakumbach, by praktykować swoją wiarę, często odmawiali w kółko tę samą modlitwę, choć raczej nie była ona jeszcze skierowana do Maryi. W stanie zagrożenia i niebezpieczeństwa taki sposób modlenia się uspokajał, dodawał otuchy, pozwalał skupić myśli nie na strachu, ale na tym, do czego dążymy i do Kogo należymy. Zaczynano wtedy odkrywać, że powtarzalność nie musi być nudna, bo dzięki niej zgłębia się nowe tajemnice i bogactwo treści.

Różaniec, który polega na powtarzaniu w kółko tych samych modlitw, ma dla mnie przede wszystkim wartość jako pociecha w trudnych momentach problemach. Jest nieustannym powtarzaniem sobie, by nie zapomnieć… To jak ćwiczenie na siłowni ciągle tego samego. Powolne rycie rylcem w kamieniu umysłu, żeby w sytuacjach, gdy nie ma czasu na zastanawianie się i działają wyłącznie odruchy wyuczone wcześniej, kierować się we właściwą stronę.

Jak odmawiać różaniec?

Nie będę się tutaj skupiać na kwestiach technicznych, tj. ile „Zdrowaś Maryjo”, ile „Ojcze nasz” itd., bo to są rzeczy, które są albo znane, albo bardzo łatwe do wyszukania. Napiszę natomiast o paru refleksjach, które mam po swoich doświadczeniach z odmawianiem tej modlitwy.

Pierwszą rzeczą, którą należy przyjąć, podchodząc do różańca, jest uświadomienie sobie, że nie ma czegoś takiego jak perfekcyjnie odmówiony różaniec. Jest to modlitwa na tyle długa i wymagająca, że rozproszenia i brak skupienia siłą rzeczy muszą się pojawiać. Jest w tym jednak pewna wartość: To, co mnie rozprasza, to rzeczy, do których jestem bardzo przywiązany, czasem właśnie za bardzo. Zamiast samemu mówić o swoich problemach, po odmówieniu różańca, na którym staram się rozważać tajemnice z życia Chrystusa i Maryi, widzę jak na dłoni, co jest moim problemem, gdzie powinienem nad sobą popracować.

Różaniec to także znużenia. Trzeba umieć sobie z nimi radzić, zarówno w modlitwie, jak i w życiu. Choćby dlatego, że w relacji z drugim człowiekiem, gdy musimy dzień w dzień okazywać mu miłość, znudzenie również może się pojawić. Różaniec uczy, że to wcale nie oznacza wypalenia i że mimo wszystko można trwać. Modlitwa różańcowa sama w sobie nie jest nudna, tylko czasem odmawianie jej może takie być. Należy się zgodzić na niedoskonałość i trwać pomimo niej.

Czasem mamy wyrzuty sumienia z powodu niedbale odmawianego różańca. Pamiętajmy jednak, że różaniec niedbale odmówiony, nawet „odklepany”, ale ze szczerą intencją odmówienia najlepiej, jak się potrafi, jest nieskończenie lepszy niż różaniec nieodmówiony w ogóle. Ktoś, kto „odklepuje” różaniec, pokazuje przynajmniej, że ma zdrową intuicję, by upaść na kolana przed czymś większym od siebie i świata, podczas gdy wielu krytyków różańca czeka jedynie na moment idealnego skupienia i doskonałego nastroju, które oczywiście nigdy nie następują. Niektórzy też nie chcą spędzać całej godziny na wypowiadaniu prostych słów dla prostych ludzi, bo myślą, że są kilka poziomów rozwoju duchowego wyżej. Takie postawy nie wróżą dobrze.

Co nam daje różaniec?

Jedną z największych wartości różańca jest według mnie to, że broni on nas przed nami samymi, oducza egocentryzmu i skupienia na sobie. Zamiast kręcić się na modlitwie wokół siebie, próbujemy myśleć o Maryi i Jezusie. Rozważamy wydarzenia z ich życia i dopiero przez ten pryzmat patrzymy na własne problemy i życie. Wszystkie rozproszenia, które przeszkadzają nam modlić się w sposób doskonały, dotyczą nas. Walcząc z nimi i swoją uwagę kierując na tajemnice różańca, uczymy się nie myśleć wyłącznie o sobie. Warto to ćwiczyć już teraz, bo jeżeli na ziemi nie oderwiemy się od ułomności własnego ego, będziemy to robić w czyśćcu, a tam będzie boleć dużo bardziej.

Chyba każdy korzystający z modlitwy różańcowej może poświadczyć o pokoju, który jest efektem tejże modlitwy. Na różańcu nie trzeba się z niczym szarpać, a monotonne wypowiadanie słów działa niezwykle kojąco i uspokajająco. Dzięki temu wiemy potem, co jest najważniejsze, a więc jaka jest hierarchia, jak wygląda prawdziwy porządek rzeczy. Niektóre sprawy przestają być aż tak istotne, nabiera się właściwego do nich dystansu.

Niewątpliwie modląc się na różańcu, upodabniamy się do Chrystusa poprzez rozważanie tajemnic, a jest to proces, który jako chrześcijanie musimy podejmować.

Bardzo często mamy problem polegający na tym, że nie wiemy, o czym z Bogiem rozmawiać. Czy opowiadać Mu o sobie? Przecież On wszystko wie. Czy mówić Mu o swoich prośbach? Je również zna. Opowiadać Mu, jak minął mój dzień? Żadnym spostrzeżeniem Go nie zaskoczę. Różaniec daje pewne narzędzie: Nie musimy się silić na kwieciste przemowy i przekonujące prośby. Można zostawić to wszystko i odmawiać jedną modlitwę w kółko, w nieskończoność, aż do nieba. Jest to po prostu trwanie przy Bogu, które ma dużo większą wartość niż silenie się krasomówstwo.

Dziesięć palców

Widziałem kiedyś żartobliwy rysunek: Na chmurze stała brama do nieba, a przy niej zdenerwowany św. Piotr, który widział, że za bramą Maryja wciąga na różańcu ludzi do nieba. Nie dostawali się tam oni „oficjalnym” przejściem, ale jakby z boku, trochę na skróty. Obok Piotra stał Pan Jezus, mówiący do niego: „Daj spokój. Mama po prostu chce pomóc”. Wielu spośród największych świętych zachęcających do odmawiania różańca nie mogło się mylić. Dysponujemy niewątpliwie potężnym narzędziem, z czego po prostu warto korzystać.

Im dłużej więc żyję, tym bardziej jestem skłonny wierzyć, że dziesięciu palców u rąk nie dostaliśmy po to, by dobrze i pewnie chwytać przedmioty oraz posługiwać się narzędziami, ale po to, by móc odmawiać na nich różaniec, gdy nie mamy akurat pod ręką paciorków.

Sierpień. Maryja wśród kwitnących ziół…

„W sierpniu każdy kwiat woła, zanieś mnie do kościoła” – mówi przysłowie. Na wsiach tradycja przynoszenia ziół i kwiatów w święto Wniebowzięcia NMP wciąż jest żywa, a nawet można obserwować odrodzenie kultywowania dawnych bardzo bogatych maryjnych tradycji ludowych. W miastach jest znacznie gorzej.
 
Kwitnąca na delikatny fiolet mięta, intensywnie żółty wrotycz, biały krwawnik, różowy wyżlin polny, cytrynowy starzec leśny. Te wszystkie kwiaty zbieram co roku na łąkach Beskidu Niskiego w połowie sierpnia. Wtedy wszystko kwitnie. Miętowe wianki wiszą w moim domu, oczywiście ususzone, przez cały rok. Obok nich bukiet także ususzonych ziół. No ale przedtem były poświęcone w kościele w czasie ulubionego mojego święta, najstarszego święta maryjnego. To oczywiście Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, ale ja lubię je nazywać Matki Bożej Zielnej. Nie bawię się w ludowe obrzędy, ponieważ jestem miastowa i nie chcę udawać chłopki. A jednak od wielu już lat odczuwam smutek, ponieważ obserwuję zanik tej pięknej tradycji. W miastach nie była nigdy aż tak popularna, ale od wczesnej młodości sierpień spędzałam w górach i zawsze cały kościół pachniał tego dnia kwiatami. Z takich sentymentalnych powodów co roku plotę wianki z zebranej własnoręcznie mięty i zanoszę do kościoła. Ale nie miałam pojęcia o tym, że z tym świętem łączy się także zwyczaj pogrzebów Matki Bożej. Nic dziwnego, odbywają się tylko w czterech miejscach w Polsce, ale z roku na rok bierze w nich udział coraz więcej pielgrzymów. Wśród nich młodzież, co jest zasługą między innymi o. Jana Góry, który rozpowszechnił tę zapomnianą tradycję na Jamnej.
 
Patronka bujności i plonów
Miejska namiastka bukietu ziół to kilka gałązek nawłoci sprzedawanej przed kościołem. Marnie to wygląda w porównaniu z bogactwem kwitnących na łąkach ziół i kwiatów w ogrodach. I tak tę nawłoć mało kto kupuje, a jeszcze mniej wiernych przynosi na Mszę kwiaty zebrane przez siebie. Zwyczaj zanika? Pozostał skromny symbol? A dawniej nie zrywano do takiego bukietu byle czego. Musiał w nim się znaleźć: piołun, krwawnik, wrotycz, dziurawiec, starzec leśny, rumianek, mięta. Każde zioło miało swoje zastosowanie: na żołądek, przeciw robakom i glistom, na „oczyszczenie krwi”, na rany, na ból zęba, na stwardnienie wymion u krów. Po poświęceniu taki zwykły bukiet miał nabrać mocy. Wracając z kościoła, zostawiano go na przykład w polu, między zagonami, aby uprawy nie zostały zaatakowane przez szkodniki. Potem zabierano go do domu i wieszano za obrazem z wizerunkiem świętych, Jezusa lub Maryi. A jeszcze można było okadzić nim dom, podwórko, oborę, bo to była najlepsza ochrona przed pożarem czy zarazą. Górale na przykład podczas burzy taki bukiecik kładli obok zapalonej gromnicy. Brzmi magicznie? No tak, jest nawet ziele, które poświęcone ma chronić dom przed magicznymi złymi mocami. Nazywa się wyżlin polny, inaczej dioble ziele. Wszyscy wiemy, że święta chrześcijańskie nałożyły się na pradawne obrzędy pogańskie. Ale w tym wypadku istnieje jeszcze jedna legenda, zupełnie niepogańska, która mówi, że apostołowie w grobie zamiast ciała Maryi znaleźli po prostu kwiaty i zioła. Antropolodzy kultury w tej legendzie znajdują źródło przygotowywania bukietów 15 sierpnia, dodając, że to święto wyjątkowo kobiece. Bujność, płodność, dojrzałość, rozkwitanie – te słowa zawsze wiązać się będą z kobiecością. Ludowa tradycja wspomina jeszcze o „kobiecej trzydziestce”, czyli trzydziestu dniach następujących po 15 sierpnia. Okres od Wniebowzięcia do Narodzenia Najświętszej Maryi Panny to czas najbujniejszego rozkwitu ziół. To wtedy mają najintensywniejszy zapach i to wtedy należy je zbierać i suszyć.
Czytaj więcej

Z Jezusem na wakacjach…

Chrześcijaninem jest się wszędzie. W pracy, w domu, podczas zabawy, na ulicy, na wakacjach. Obecność Jezusa ma nas mobilizować, by świadomie i dobrze przeżywać każdą chwilę, również tę mieszczącą się w kategorii „czas wolny”.
Wakacje kojarzą się najczęściej z brakiem zajęć, z okresem wolnym od nauki dla dzieci, młodzieży i studentów. Ale czas wolny to również urlopy dorosłych, na co dzień aktywnych zawodowo. Marzymy o odpoczynku, odespaniu zarwanych nocy, relaksie, przeczytaniu zaległych lektur, wycieczkach. Pragniemy chwili tylko dla siebie.
 
Apostolski urlop
Jezus także zapewnił swoim uczniom wakacje. Był z nimi w czasie krótkiego odpoczynku. Chciał, by mieli nieco wytchnienia po trudach pracy misyjnej. Wiedział, że to jest konieczne dla fizycznej i psychicznej higieny. Człowiek nie jest automatem, robotem. Mówimy, że to praca jest dla człowieka, a nie człowiek dla pracy.
Na jak długi urlop możemy sobie jednak pozwolić? Szybko na naszym horyzoncie pojawiają się obowiązki, ludzie, którzy nas potrzebują.
Z naszym czasem wolnym bywa i tak, że nierzadko nie wiemy, co z nim począć. Zdarza się wręcz, że go marnujemy. A szkoda.
Chrześcijaństwo to spotkanie z Jezusem, fascynacja Nim, decyzja oddania się Mu, a wreszcie wejście na ścieżkę naśladowania Mistrza. To z kolei pociąga za sobą zmianę stylu życia.
Wiara uczy nas, że nigdy nie jesteśmy sami. Jezus towarzyszy nam w drodze – jak uczniom zdążającym do Emaus. Rozmawia z nami, rzuca światło na wszystko, czym się zajmujemy. Będziemy przecież przed Bogiem  zdawać rachunek z każdego słowa i uczynku.
 
Zatrzymaj się na chwilę
Świat wyszedł z ręki Boga. Jednak presja czasu i wszechobecny pośpiech nie sprzyjają refleksji, namysłowi, kontemplacji jego piękna. To konieczne, by nie stać się szaloną lokomotywą, pędzącą nie wiadomo dokąd. A przecież tu niedaleko, na wyciągnięcie ręki: „Szumią łany zboża, gra wiatr na jeziorze, śpiewa ptak radośnie Bogu, co go stworzył”. Czy stać nas jeszcze na podniesienie głowy, na zachwyt nad cudem przyrody, do którego przyzwyczailiśmy się tak bardzo, że już go nie zauważamy? W wyżej cytowanym tekście piosenki padają słowa: „Zatrzymaj się na chwilę, odetchnij pięknem świata. Zatrzymaj się na chwilę, zauważ swego brata. Zatrzymaj się na chwilę, nad tym, co w ręku kryjesz. Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl, po co żyjesz”.
Kiedy św. Faustyna stała i podziwiała jezioro w Kiekrzu koło Poznania, usłyszała od Pana Jezusa: „To wszystko stworzyłem dla ciebie”. Przecież „Ta jedna licha drzewina – Nie trzeba dębów tysięcy! – Z szeptem się ku mnie przegina: «Jest Bóg i czegóż ci więcej?!»” (Jan Kasprowicz, Księga ubogich).
Amerykański astronauta Leroy Gordon Cooper podczas misji programu Mercury modlił się, patrząc w przestrzeń kosmiczną: „Dzięki Ci, Boże, za to, że pozwoliłeś mi znaleźć się w tym zdumiewającym miejscu. Zobaczyć te wszystkie zadziwiające rzeczy, które stworzyłeś. Pokieruj nami i pomóż wszystkim żyć tak, abyśmy się stali lepszymi chrześcijanami, abyśmy sobie nawzajem pomagali, wspólnie pracowali zamiast się ze sobą kłócić, walczyć”.
 
Zmiana perspektywy
Jeden z ojców miał kłopoty wychowawcze z córką, u której w wieku dorastania pojawił się kryzys religijny. Po delikatnej zachęcie zgodziła się wyjechać na tzw. oazę, letni obóz ruchu odnowy religijnej. Przebywanie z rówieśnikami, którzy spędzali wakacje, pogłębiając swoją wiarę, wyrażając ją radośnie, uczestnicząc w codziennej liturgii, wspólnym śpiewie, codziennej lekturze Słowa Bożego, dzieląc się doświadczeniem spotkania z Bogiem, zrobiło na niej ogromne wrażenie. Do domu wróciła przemieniona.
 
Ucieczka „od” czy ucieczka „do”
Trzeba szukać kontaktu z Bogiem. Okazuje się, że nawet niewierzący spędzają w klasztorach, miejscach odosobnionych weekendy, a wręcz całe tygodnie, by na chwilę się zatrzymać, spojrzeć z dystansu na swoje życie, na relacje z bliskimi. Kiedy wycofujemy się z naszego naturalnego otoczenia, kiedy opadają emocje, widzimy wyraźniej, możemy lepiej uchwycić to, co najważniejsze. Dla nas, wierzących, to szczególna okazja, by stawać przed Bogiem, otworzyć przed Nim serce, odpocząć.
Sam Jezus śle nam zaproszenie: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28). Dobrze jest mieć przy sobie Nowy Testament. Czytać list Tego, który chce z nami być, rozmawiać. Taka lektura to duchowy „akumulator” na czas, kiedy brakuje sił, światła, oddechu.
Wielu, poświęcając swój urlop, udaje się na pielgrzymki do maryjnych sanktuariów. Czynią tak od lat. Nie wyobrażają sobie, żeby mogło być inaczej. Nawiązują na pielgrzymkowym szlaku znajomości i przyjaźnie. Niektóre kończą się sakramentalnym małżeństwem. Czasem podczas pielgrzymki młodzi ludzie podejmują decyzję o wstąpieniu do seminarium duchownego czy klasztoru.
 
Trudna sztuka wyboru
Ruchliwą ulicą szło dwóch kolegów. Wokół panował duży hałas. Z trudem słyszeli się nawzajem. W pewnej chwili jeden powiedział do drugiego: „Wiesz, gdzieś blisko stąd upadły na ziemię pieniądze”. Kolega na to: „Ja nic nie słyszałem… Jest taki gwar, jak mogłeś usłyszeć brzęk spadających monet?”.
Człowiek jest tym, co wybiera. Zależy, co nam najbardziej dźwięczy w życiu. Jezus uczy nas, że gdzie jest skarb nasz, tam i nasze serce (por. Mt 6, 21). Czas wolny, sposób jego przeżywania wiele mówi o naszych priorytetach. Ale chodzi jeszcze o coś ważniejszego, chodzi o całość naszej życiowej postawy. Czy Jezus jest ośrodkiem, centrum mojego życia? Czy naprawdę jest Panem mojego czasu wolnego, wakacji, lektur, spotkań, wyborów, życia?