Pozasakramentalne formy pokuty

Mówiąc o konieczności i pożytku sakramentu pokuty Rytuał Obrzędy pokuty zawiera również ważne stwierdzenia dotyczące sposobów czynienia nieustannej pokuty i oczyszczania się z grzechów. Chodzi tu o pozasakramentalne formy przepraszania Boga za grzechy. Można je podzielić na dwie grupy: liturgiczne i nie związane bezpośrednio z liturgią. Do grupy pierwszej należą te wszystkie elementy celebracji liturgicznych, w których wierni wyznają, że są grzesznikami, i proszą Boga i braci o przebaczenie. Ma to miejsce głównie w czasie głoszenia i słuchania słowa Bożego, w specjalnych w celebracjach pokutnych, we wspólnej modlitwie i elementach pokutnych liturgii mszalnej.

Sakramentu pokuty i pojednania nie należy więc uważać za jedyną drogę prowadzącą do otrzymania przebaczenia grzechów, zwłaszcza gdy chodzi o grzechy powszednie. Z tych bowiem uwalnia sam udział w Eucharystii; istnieją też liczne, wyżej wymienione, już pozasakramentalne sposoby ich gładzenia. Wszystkie jednak winny być ożywione wiarą, nadzieją i miłością, mają one prowadzić do Eucharystii – ofiary naszego pojednania, złożonej przez Chrystusa raz na zawsze na odpuszczenie grzechów.

Obecnie dokumenty Kościoła zalecają zwłaszcza wspólnotowe celebracje słowa Bożego oraz celebracje pokutne .

LITURGICZNE FORMY POKUTY POZASAKRAMENTALNEJ

1. Głoszenie słowa Bożego wezwaniem do pojednania z Bogiem

Główną i czasowo pierwszą formą posługi Kościoła, która prowadzi do pojednania człowieka z Bogiem, jest głoszenie słowa Bożego. Chrystus powierzył Apostołom posłannictwo głoszenia w Jego imieniu pokuty i odpuszczanie grzechów wszystkim narodom (por. Łk 24, 27). Już pierwsze wystąpienie Piotra w dzień Pięćdziesiątnicy zawiera wezwanie do nawrócenia i przyjęcia chrztu w imię Jezusa na odpuszczenie grzechów (Dz 2, 38). Od tego dnia Kościół nigdy nie zaprzestał wzywać ludzi do nawrócenia z grzechów i przez celebrację pokuty ukazywać zwycięstwo Chrystusa nad grzechem .

Głoszenie słowa Bożego jako posługa jednania odnosi się nie tylko do niewierzących, aby uwierzyli i pojednali się z Bogiem, lecz skierowane jest także do ochrzczonych i wierzących jako orędzie wiary i wezwanie do pokuty, zachęta do czynów miłości, pobożności i apostolstwa, aby coraz bardziej stawali się światłością świata. Dlatego każda forma głoszenia słowa Bożego w Kościele jest przepowiadaniem „słowa jednania” (2 Kor 5, 19). „Słowo Boże oświeca wiernego, aby poznał swoje grzechy, wzywa go do nawrócenia i ufności w miłosierdzie Boże” oraz do coraz doskonalszego upodobnienia się do Chrystusa. Słowo Boże ukazuje także tajemnicę pojednania przez Misterium Paschalne Chrystusa i dar Ducha Świętego, określa, co jest dobre, a co złe w życiu ludzi, i przez to pomaga do zrobienia dobrego rachunku sumienia. Uczestnicząc w celebracji słowa Bożego wierni słyszą wezwanie do nawrócenia i odnowy życia oraz poznają prawdę o wyzwoleniu z grzechów przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.

Św. Augustyn nazywa słowo Boże „sakramentem słownym”. Odnosi się to głównie do opisanych w Piśmie świętym wydarzeń zbawczych oraz zawartych w Objawieniu Bożym prawd wiary i wskazań dotyczących życia moralnego. Dla wyrażenia podobieństwa i współzależności słowa i sakramentu nazywa się niekiedy słowo Boże „sakramentem słyszalnym”, a sakrament „słowem widzialnym”. Tak rozumiana rola słowa Bożego wskazuje na jego moc zbawczą w tym sensie, że uzdalnia ono człowieka do otwarcia się na Boże wezwanie do wiary i nawrócenia oraz do dania na nie pozytywnej i konsekwentnej odpowiedzi. Potwierdza to tekst Listu do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4, 12). W proklamowanym w Kościele słowie Bożym sam Chrystus przemawia i jest w nim obecny (por. KL 7). Od słuchaczy oczekuje odpowiedzi wyrażającej się wiarą i kształtowaniem całego ich życia według usłyszanego i przyjętego słowa. Sobór stwierdza, że „w słowie Bożym tkwi tak wielka moc i potęga, że jest ono dla Kościoła podporą i siłą życiową, a dla synów Kościoła utwierdzeniem wiary, pokarmem duszy oraz źródłem czystym i stałym życia duchowego” (KO 21). Taka moc i działanie słowa Bożego nie odnosi się jedynie do słowa głoszonego w czasie liturgii, ale także czytanego i rozważanego w prywatnej lub wspólnotowej lekturze. Dzięki wierze słuchacz słowa Bożego przyjmuje je w ten sposób, jak czynili to współcześni Chrystusowi. Tak przyjmowane słowo Chrystusa prowadzi do nawrócenia serca, obdarza udręczonych pokojem i pozwala pokonać trudności związane z dochowaniem wierności Bogu.

2. Celebracje pokutne

Rytuał Obrzędy pokuty zalicza celebracje pokutne do „licznych i różnych” sposobów podejmowania przez Kościół pokuty 9 i zaznacza, że są one „bardzo pożyteczne w życiu jednostek i wspólnot”. Celebracje pokutne jako zgromadzenia wiernych na słuchanie słowa Bożego mają strukturę właściwą dla wspólnotowych celebracji słowa Bożego. Celem celebracji pokutnych jest: rozwijanie ducha pokuty we wspólnotach chrześcijańskich, przygotowanie do indywidualnej spowiedzi, wychowanie dzieci do właściwego rozumienia, czym jest grzech, i wyzwolenie z niego przez Chrystusa, pomoc katechumenom w ich procesie nawrócenia.

Celebracje pokutne zawierają w swej strukturze wiele elementów będących pozasakramentalnymi formami pokuty. Wspólna modlitwa, żal za grzechy, rachunek sumienia, które mają miejsce podczas tychże celebracji, a przede wszystkim słowo Boże, stanowią bardzo dobrą pomoc w autentycznym przeżywaniu nawrócenia. Wzbudzają one w sercach uczestników szczery żal za popełnione grzechy, a przez to prowadzą do darowania grzechów powszednich oraz usposabiają do oczyszczenia się także z grzechów śmiertelnych. Zawsze jednak pozostają jedynie pozasakramentalną formą pokuty. Ta zaś, chociaż jest wystarczająca do darowania grzechów powszednich, to jednak nie jest zwyczajnym sposobem pojednania z Bogiem i z Kościołem wiernych obciążonych grzechami śmiertelnymi. Jedynie w sytuacjach nadzwyczajnych, np. w przypadku braku kapłanów, niebezpieczeństwa śmierci, z czym wiąże się fizyczna niemożność skorzystania z sakramentalnego pojednania, przyczynia się do odzyskania łaski uświęcającej, przy uwzględnieniu także drugiego warunku: pragnienia przystąpienia do sakramentu pokuty przy najbliższej okazji.

Nigdy jednak uczestnictwo w takich celebracjach pokutnych nie zastępuje sakramentu pokuty i pojednania, lecz do niego przygotowuje przez kształtowanie prawdziwego ducha pokuty chrześcijańskiej, dobrego rachunku sumienia i szczerego żalu za grzechy. Ponadto celebracje pokutne podkreślają społeczny charakter grzechu i pokuty chrześcijanina, ale także społeczny wymiar pojednania z Bogiem i Kościołem, który wstawia się za grzesznikiem i przyczynia się do jego nawrócenia przez modlitwę. Będąc jedną z pozasakramentalnych form gładzenia grzechów powszednich, w żadnym wypadku nie są łatwiejszą drogą pojednania z Bogiem i nie zastępują sakramentu pokuty i pojednania.

INNE FORMY POKUTY POZASAKRAMENTALNEJ

Do nieliturgicznych form pokuty możemy zaliczyć wszelkiego rodzaju nabożeństwa przebłagalne, uczestnictwo w Drodze Krzyżowej i Gorzkich Żalach, odmawianie psalmów i modlitw pokutnych. Duże znaczenie w czynieniu pokuty i moc gładzenia grzechów mają również: cierpliwość (por. 1 P 4, 13), współuczestnictwo w cierpieniach Chrystusa, spełnianie dzieł miłosierdzia i miłości, gdyż „miłość zakrywa wiele grzechów” (1 P 4, 8), codzienne nawracanie się według wskazań Ewangelii, połączone z wolą działania i postanowieniem porzucenia grzesznego sposobu życia. Jako środki prowadzące do otrzymania przebaczenia grzechów Katechizm Kościoła Katolickiegowymienia ponadto „wysiłki podejmowane w celu pojednania się z bliźnim, łzy pokuty, troskę o zbawienie bliźniego (por. Jk 5, 20), wstawiennictwo świętych i praktykowanie miłości” (KKK 1434).

Po Soborze Watykańskim II zaczęto ponownie zwracać uwagę na integralne rozumienie pokuty chrześcijańskiej i w konsekwencji przypominać o pozasakramentalnych sposobach gładzenia grzechów powszednich.

Drogami wiodącymi do pojednania z Bogiem i braćmi są według papieża Jana Pawła II także: pokonywanie egoizmu, znoszenie niesprawiedliwości i dominacji nad drugim człowiekiem, znoszenie wyzysku innych, pokonywanie grzesznego przywiązania do dóbr materialnych, zwycięstwo nad niepohamowaną przyjemnością.

Katechizm Kościoła Katolickiego do pozasakramentalnych form pokuty zalicza czyny i wysiłki podejmowane celem pojednania się z bliźnimi, łzy żalu, troskę o uświęcenie drugich, wstawiennictwo świętych i codzienną praktykę miłości bliźniego. Pokuta prowadząca do prawdziwego wewnętrznego nawrócenia dokonuje się również przez troskę o biednych, o sprawiedliwość i praworządność, unikanie własnych błędów, braterskie upomnienie, rachunek sumienia, kierownictwo duchowe, przyjęcie i cierpliwe znoszenie prześladowań (KKK 1435).

1. Pokutny charakter życia chrześcijańskiego

Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Paenitemini (17 lutego 1966) pisze, że do czynienia pokuty zobowiązani są wszyscy specjalnym przykazaniem (Mk 1, 15; Łk 13, 3-5). Zaznacza równocześnie, że nie należy dążyć do wyszukanych form pokuty, gdyż już samo życie codzienne chrześcijanina może być formą pokuty, która przejawia się w wytrwałym spełnianiu obowiązków swego wieku, stanu, powołania i na cierpliwym znoszeniu utrapień w życiu każdego dnia. Kościół „nalega, aby wszyscy praktykowali cnotę pokuty, wytrwale wypełniając obowiązki swego wieku i stanu oraz cierpliwe znosząc utrapienia, jakie towarzyszą codziennym potrzebom ich ziemskiego życia, i niepewne warunki, które wnoszą do duszy udrękę”. Pokutne znaczenie mogą mieć także choroba, ból, cierpienie, niedostatek, bieda, jeśli znoszone są z poddaniem się woli Bożej i połączone z intencją wynagrodzenia za własne lub innych grzechy. Nie oznacza to oczywiście biernego poddania się tym cierpieniom ani nie zwalnia innych do niesienia pomocy ludziom znajdującym się w takich sytuacjach.

Każdy chrześcijanin podejmując różne formy pokuty zewnętrznej nie może zapominać o istotnym znaczeniu pokuty wewnętrznej. To, co jest najbardziej istotne w chrześcijańskim rozumieniu pokuty, zawiera się w greckim słowie metánoia, które oznacza „wewnętrzną zmianę całego człowieka, dzięki której zaczyna on właściwie myśleć, sądzić i układać swe życie, przeniknięty tą świętością i miłością Boga, które w Jego Synu zostały nam na nowo objawione oraz w pełni udzielone” 19. W tym sensie nawrócenie obejmuje cztery etapy: poznanie i zrozumienie popełnionego zła; żal i skruchę z powodu grzechów; postanowienie czynienia dobra; ekspiację za popełnione grzechy. Tę samą myśl wyraża Katechizm Kościoła Katolickiego mówiąc o pokucie wewnętrznej jako warunku owocnego przyjmowania sakramentu pokuty i pojednania:

Pokuta wewnętrzna jest radykalną przemianą całego życia, powrotem, nawróceniem się do Boga całym sercem, zerwaniem z grzechem, odwróceniem się od zła z odrazą do popełnionych przez nas złych czynów. Pokuta wewnętrzna zawiera równocześnie pragnienie i postanowienie zmiany życia oraz nadzieję na miłosierdzie Boże i ufność w pomoc Jego łaski. Temu nawróceniu serca towarzyszy zbawienny ból i smutek, który Ojcowie Kościoła nazywali smutkiem duszy i skruchą serca (KKK 1431).

2. Uczynki pokutne: modlitwa, post i jałmużna

Pokuta, która obejmuje myśli i serce człowieka, powinna następnie przejawiać się na zewnątrz w sposób właściwy do warunków danego czasu: „Kościół uwzględniając znaki czasu, prócz postu i wstrzymania się od potraw mięsnych, szuka zawsze nowych form pokuty, które w tym celu dla poszczególnych czasów powinny być bardziej odpowiednie i lepiej dostosowane”. Papież Paweł VI wskazuje następnie na konieczność „cielesnego umartwienia”, które jest „dalekie od poglądów stoickich i nie oznacza potępienia i pogardy ciała, gdyż ongiś przyjął je nawet Syn Boży”. Oznacza ono wyzwolenie człowieka z kajdan nieuporządkowanej pożądliwości (por. Rz 7, 23), aby przez post ciała otrzymał on duchową moc, o której mówi prefacja: „przez post ciała uśmierzasz wady, podnosisz ducha, udzielasz cnoty i nagrody”. Dlatego Kościół zachęca wszystkich wiernych, aby oprócz niewygód i nieszczęść, jakie przynosi życie codzienne, odpowiedzieli również na Boże przykazanie pokuty przez jakieś czyny cielesnego umartwienia (por. KK 42; KL 9; 12; 104).

Według Pawła VI są trzy „znakomite sposoby, przekazane z dawnych wieków, którymi można zadośćuczynić Bożemu przykazaniu pokuty, mianowicie: modlitwa, post i uczynki miłosierdzia, jakkolwiek wstrzymanie się od potraw mięsnych i post otaczane są szczególnym uznaniem. Te sposoby pełnienia pokuty były wspólne wszystkim okresom”. W III Niedzielę Wielkiego Postu liturgia (kolekta) przypomina, że sam Bóg wskazał swojemu ludowi, że lekarstwem na grzechy jest post, modlitwa i jałmużna.

Katechizm Kościoła Katolickiego, odwołując się do Pisma świętego i nauczania Ojców Kościoła, także dużą wagę przywiązuje do tych trzech tradycyjnych form pokuty, jakimi są post, modlitwa i jałmużna. Wyrażają one „nawrócenie w odniesieniu do samego siebie, do Boga i do innych ludzi” (KKK 1434). Praktyki te powinny towarzyszyć wiernym przez cały rok, ale mają specjalne znaczenie w piątki całego roku i w okresie Wielkiego Postu. Wielki Post jest bowiem czasem szczególnie odpowiednim dla „ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi” (KKK 1438). Podejmowanie codziennych praktyk pokutnych jest zwyczajną formą zadośćuczynienia za grzechy. Post wyraża nawrócenie do siebie samego, modlitwa – nawrócenie do Boga, a jałmużna – otwarcie się i zwrócenie do innych ludzi (por. KKK 1434; 1969).

Postawa pokutna nie może istnieć bez uczynków pokutnych. Papież Paweł VI obok ducha pokuty wymaga także pokuty zewnętrznej, uczynków pokutnych, panowania nad swoim ciałem przez post i wstrzemięźliwość, cierpliwość, naśladowanie Chrystusa cierpiącego i zaleca modlitwę, post i jałmużnę.

Według KPK kan. 1249 nakazane dni pokuty są po to, aby wierni jednoczyli się we wspólnym wypełnianiu czynów pokutnych, które ma polegać na bardziej intensywnej modlitwie, pełnieniu czynów miłości, umartwieniu siebie „przez wierniejsze wypełnianie własnych obowiązków, zwłaszcza zaś zachowanie postu i wstrzemięźliwości”.

a) M o d l i t w a

W Ewangelii czytanej w liturgii Środy Popielcowej, rozpoczynającej okres Wielkiego Postu, Kościół zaleca swoim wiernym trzy główne praktyki pobożne, które winny być szczególnie przez nich pielęgnowane jako przygotowanie do świąt Paschy: jałmużnę, modlitwę i post (por. Mt 6, 1-6.16-18). Każda z nich ma wartość tylko wtedy, gdy nie jest wykonywana przed ludźmi, aby otrzymać od nich pochwałę, lecz znana jest jedynie Bogu, który „widzi w ukryciu” i nagrodzi każdy dobry czyn człowieka.

Modlitwa zawsze jest znakiem wiary i miłości do Boga Stwórcy i Zbawiciela. Wyrażać się może w niej Jego uwielbienie, dziękczynienie za otrzymane dobrodziejstwa, prośba o Jego błogosławieństwo i przebłaganie za popełnione grzechy. Ta ostatnia forma modlitwy ma ścisły związek z poznaniem Bożego miłosierdzia i poczuciem winy za popełnione grzechy. Wtedy rodzi się w sercu grzesznika pragnienie i potrzeba pojednania z Bogiem. Modlitwa prośby grzesznika jest już powrotem do Boga, gdyż uznaje on, że Bóg jest jego Stwórcą i Panem (por. KKK 2629). Z kolei prośba o przebaczenie jest pierwszym dążeniem modlitwy błagalnej (por. KKK 2631). Poznając z Pisma świętego ogrom Bożego miłosierdzia i doświadczając go we własnym życiu, człowiek wierzący kieruje z kolei do Boga modlitwę dziękczynienia za otrzymany dar łaski i uwielbia Go za okazane mu przebaczenie grzechów.

Modlitwa przebłagalna za grzechy może być wspólnotowa lub prywatna. Jej treścią jest zwykle przyznanie się przed Bogiem do grzechu, odwołanie się do Bożego miłosierdzia i pokorna prośba o przebaczenie win. Wzorem takiej modlitwy o odpuszczenie grzechów jest modlitwa Dawida zawarta w Psalmie 51:

Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej,

w ogromie swej litości zgładź moją nieprawość.

Uznaję bowiem nieprawość swoją,

a grzech mój jest zawsze przede mną.

Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem

i uczyniłem, co złe jest przed Tobą.

Odwróć swe oblicze od moich grzechów

i zmaż wszystkie moje przewinienia.

Także inne Psalmy zawierają prośby o odpuszczenie grzechów i mogą być używane w modlitwie wspólnotowej lub indywidualnej, np. Psalmy pokutne (Ps 6; 32; 51; 102; 130; 143); formuły modlitw pokutnych ze Starego Testamentu (Iz 63, 7-64; 11; Tb 3, 1-6; Dn 9, 4-19). Formą krótkiej i częstej modlitwy zawierającej prośbę o przebaczenie grzechów mogą być krótkie wezwania zaczerpnięte z Pisma świętego, np.: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”, „Zmiłuj się nade mną, Boże, w swoim miłosierdziu” itp., lub modlitwy zawierające żal za grzechy zamieszczane w licznych książeczkach do nabożeństwa.

Modlitwą przebłagalną za grzechy są również Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale, Koronka do Miłosierdzia Bożego oraz inne modlitwy zawierające prośby o odpuszczenie grzechów. Występują one zwłaszcza we wspólnotowych nabożeństwach pokutnych, ale także w czasie modlitw indywidualnych. Modlitwą, która wyprasza u Boga przebaczenie grzechów, jest także indywidualnie lub wspólnotowo odmawiana po rachunku sumienia „Spowiedź powszechna”.

Według św. Augustyna „trzema sposobami odpuszczają się grzechy w Kościele: przez chrzest, przez Modlitwę Pańską i przez pokorę większej pokuty”. Odmawianą przez chrześcijan modlitwę „Ojcze nasz” nazwał także „codziennym chrztem”. Zachęcał do niej wiernych słowami: „Nie mogę wskazać nic lepszego nad codzienną modlitwę, w której pouczył nas Chrystus, pokazał, jak mamy mówić do Ojca, a wyraził to słowami: «I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom»„.

Zawartą w Modlitwie Pańskiej prośbę o odpuszczenie win Katechizm Kościoła Katolickiego określa „zadziwiającą prośbą”, gdyż jej wysłuchanie jest uwarunkowane spełnieniem przez proszącego określonych wymagań (KKK 2838). Sama prośba o odpuszczenie win jest już przyznaniem się do grzechów, ale jednocześnie wyznaniem wiary w Boże miłosierdzie i nadzieję, że Bóg udziela przebaczenia, ponieważ dzięki Jego Synowi „mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów” (Kol 1, 14; Ef 1, 7). Jednocześnie proszący winien być świadomy, że otrzyma łaskę przebaczenia grzechów jedynie wtedy, gdy sam przebaczy swoim winowajcom. Odmowa odpuszczenia win bliźnim zamyka serce, czyniąc je zatwardziałym, i przez to „staje się ono niedostępne dla miłosiernej miłości Ojca” (KKK 2840). Staje się ono otwarte na Jego łaskę tylko wtedy, gdy człowiek przyznaje się przed Bogiem do własnego grzechu i udziela przebaczenia innym (tamże). W ten sposób należy rozumieć słowa: „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Do takiego postępowania wzywa Chrystus w przypowieści o nielitościwym dłużniku i przestrzega, że „podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18, 23-35). Św. Paweł zaś pisze: „przebaczamy sobie tak, jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie” (Ef 4, 32). Przebaczenie chrześcijańskie winno obejmować bez wyjątku wszystkich ludzi, także nieprzyjaciół (por. Mt 5, 43-44). Staje się wtedy świadectwem, że miłość silniejsza jest od grzechu (por. KKK 2844).

b) P o s t

Modlitwa o odpuszczenie grzechów winna być złączona z postem i jałmużną. Post chrześcijański nie oznacza pogardy dla cielesnej natury człowieka, gdyż przyjął ją sam Chrystus, lecz jest jedynie środkiem do celu, czyli do panowania ducha nad ciałem i poddania się działaniu Ducha Świętego, który daje właściwe rozumienie wymagań Chrystusa zawartych w Ewangelii.

Kościół był i jest przeciw jedynie zewnętrznemu stosowaniu postu jako pokuty na wzór faryzejskiego postępowania. Już św. Augustyn ostrzegał swych wiernych przed tego rodzaju postami w następujących słowach: „Posty chrześcijańskie należy więcej odnieść do sfery duchowej niż cielesnej. Przede wszystkim więc należy powstrzymywać się od grzechów, aby posty nasze nie zostały potępione przez Pana, jak to się stało z postami żydowskimi”. „Posty żydowskie” stały się synonimem postów cielesnych, obejmujących tylko sferę somatyczną człowieka. Św. Augustyn określił jako „nieużyteczny i próżny” ten post, który skłania nas tylko do odmówienia pożywienia brzuchowi, nie uwzględnia zaś potrzeby „usunięcia zła i nieprawości z naszego i serca, i umysłu”. Podobnie według św. Jana Chryzostoma zawężenie postu wyłącznie do sfery fizycznej jest jego największą dewaluacją, gdyż „istotna wartość postu nie zasadza się na abstynencji od pokarmów, lecz na odstąpieniu od grzechów. Kto by zatem zawężał posty do samej tylko wstrzemięźliwości od pokarmów, ten zarazem najbardziej by je deformował”. Nie należy więc skupiać całej uwagi na formie zewnętrznej postów, lecz na ich wartości wewnętrznej. „Z dobrymi zaś i świętymi postami nic tak zbawiennie nie idzie w parze jak uczynki miłosierdzia […] Kto współczuje z serca jakiejkolwiek nędzy, cnotą życzliwości i dobrem pokoju uszczęśliwi siebie […] Szeroki jest zakres uczynków miłosiernych”. Św. Leon Wielki pisze również, że „nie na samym ograniczeniu pokarmów polega istota naszych postów. Na nic się zda głodzenie ciała, jeżeli duch nie wyrzeknie się wszelkiej nieprawości i niepohamowany język nie zaprzestanie oszczerstw”. Według niego sam post bez jałmużny wprawdzie „karci ciało, lecz nie oczyszcza duszy”. Podobnie pisze św. Augustyn: „post bez miłosierdzia nic nie znaczy”. Według św. Cezarego z Arles „post bez jałmużny, to tyle co lampa bez oliwy”.

Ojcowie Kościoła mówią o poście „miłym i doskonałym w oczach Bożych”, który obejmuje trzy elementy: wstrzemięźliwość od zła (w myśli, mowie i uczynkach), wstrzemięźliwość od pokarmów i napojów i dobre uczynki. Św. Jan Chryzostom pisze:

Pościsz? Udowodnij to czynami. Zapytasz jakimi? Gdy ujrzysz biednego – ulituj się nad nim; spotkasz nieprzyjaciela – pojednaj się z nim; zobaczysz przyjaciela, który coś dobrego czyni – nie zazdrość mu; spotkasz piękną niewiastę – nie zatrzymuj się. Niech nie pości tylko podniebienie, lecz także oko, ucho, nogi, ręce i wszystkie członki naszego ciała”.

Chrześcijański post jest postawą wstrzemięźliwości całego człowieka, obejmuje jego sferę fizyczną i duchową. Nie można, jak to czyni się obecnie, sprowadzać postu jedynie do kategorii fizycznych i traktować jako powstrzymanie się od pokarmów mięsnych lub ograniczenie ich przyjmowania. Ma on objąć całego człowieka i dotyczyć jego życia we wszystkich wymiarach: indywidualnym, rodzinnym i społecznym. Według papieża Jana Pawła II post może być praktykowany „w sposób dawny i nowy, jako znak nawrócenia, skruchy i osobistego umartwienia, jednocześnie w łączności z Chrystusem Ukrzyżowanym i w solidarności z głodującymi i cierpiącymi”. Współczesną formą postu mogą być przykładowo: ograniczenie oglądania telewizji (post dla oczu), słuchania radia czy muzyki, zwłaszcza typowo rozrywkowej (post dla uszu), rezygnacja lub ograniczenie korzystania z używek – kawa, alkohol, słodycze itp.

c) J a ł m u ż n a

Już w Starym Testamencie jałmużna oznaczała gest dobroci człowieka względem jego brata jako naśladowanie czynów Boga, który pierwszy okazał dobroć człowiekowi. Jako akt religijny prowadzi do przebaczenia grzechów: „Woda gasi płonący ogień, a jałmużna gładzi grzechy” (Syr 3, 30) oraz „Jałmużna uwalnia od śmierci i oczyszcza z każdego grzechu. Ci, którzy dają jałmużnę, nasyceni będą życiem” (Tb 12, 8-9). Do dawania jałmużny zachęca Chrystus: „Gdy ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni” (Łk 6, 55). Czyn dobry w postaci jałmużny ma być całkowicie bezinteresowny i znany jedynie Bogu. Ważna jest także nie tyle ilość czy wielkość złożonego daru, ile raczej wewnętrzne nastawienie dającego, czyli jego intencja. Potwierdza to sam Chrystus, kiedy chwali grosz wrzucony do skarbonki przez ubogą wdowę (por. Łk 4, 25). Wartość jałmużny jest jeszcze większa, jeśli dawana jest nie z tego, co zbywa, lecz z tego, co niezbędne, oraz jeśli świadczona jest chętnie, gdyż „radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 6, 10). Scena sądu ostatecznego jest przestrogą dla tych, którzy nie byli wrażliwi na potrzeby bliźnich. Biednego nakarmić, nagiego przyodziać, podróżnego ugościć, chorego i więźnia odwiedzić jest równoznaczne z uczynieniem tego samego Chrystusowi (por. Mt 25, 35-46). Podobnie w listach apostolskich znajdujemy zachęty do dzielenia się dobrami z potrzebującymi. „Kto by miał majętność tego świata, a widziałby brata swego w potrzebie i zamknął przed nim serce swoje – jakże może w nim przebywać miłość Boża?” (1 J 3, 17). Św. Jakub zaś ostrzega: „Sąd bowiem bez miłosierdzia spotka tego, który miłosierdzia nie czyni, a miłosierdzie przewyższa sąd” (Jk 2, 13). Jałmużna w każdej postaci powinna być wyrazem miłości Boga. Zwraca na to uwagę Jan Paweł II: „Dawanie i oddanie się nie zależy od ilości posiadanych rzeczy, lecz od żywionej w duszy miłości do Boga. Nasze pokorne oddanie się – samo w sobie może znikome, jak oliwa wdowy z Sarepty lub grosz ubogiej wdowy – staje się miłe w oczach Boga dzięki zjednoczeniu z ofiarą Jezusa”. Jałmużna nie tylko wyprasza Boże błogosławieństwo, ale także leczy rany grzechu oraz chroni przed nimi.

Ważne jest jednak właściwe rozumienie i praktykowanie jałmużny. Dzielić się można nie tylko dobrami materialnymi, ale także duchowymi. Jałmużna bowiem nie jest jedynie formą materialnej pomocy świadczonej potrzebującemu. Zwracał na to uwagę już św. Cezary z Arles: „Wiecie bowiem doskonale, że są dwa rodzaje jałmużny: pierwszy – dać głodnemu kęs chleba, drugi zaś posłużyć niewiedzącemu wiedzą. Jeżeli obfitujesz w coś, czym mógłbyś okazać pomoc ciału, Bogu niech będą dzięki! Jeżeli nie masz czym ciała nakarmić, wzmocnij duszę słowem Bożym”.

Św. Augustyn wymienia następujące rodzaje jałmużny: „Nie tylko ten, kto daje łaknącemu pokarm, pragnącemu napój, nagiemu odzienie, podróżnemu gościnę, jeńcowi wykupienie, słabemu wspomożenie, smutnemu pocieszenie, błądzącemu drogę, wątpiącemu radę i potrzebującemu, co jest mu konieczne, lecz także kto daje przebaczenie grzeszącemu – jałmużnę daje […] ponieważ miłosierdzie wyświadcza”. Za największą jałmużnę uważano darowanie komuś wyrządzonej przez niego krzywdy.

Według Jana Pawła II „jałmużna jest środkiem nadania konkretnego wyrazu miłości przez dzielenie się swoimi dobrami z tymi, którzy ponoszą skutki ubóstwa”.

Wyrazem miłości, czyli formą duchowej jałmużny, będzie więc każde zainteresowanie się także wyższymi potrzebami człowieka i w miarę możliwości zaspokojenie ich własnym działaniem lub zorganizowanie skutecznej pomocy. Taką pomocą może być dobra rada, zachęcające i podtrzymujące na duchu słowo, porada prawna, pomoc w załatwieniu formalności i skierowanie do właściwego urzędu, wskazanie i polecenie przeczytania wartościowej książki lub artykułu, wyjaśnienie spraw dotyczących życia religijnego.

Katechizm Kościoła Katolickiego spośród uczynków miłosierdzia wylicza także jałmużnę dawaną ubogim i zalicza ją do „podstawowych świadectw miłości braterskiej” oraz „praktykowania sprawiedliwości, która podoba się Bogu” (KKK 2447; 2462; por. Mt 6, 2-4; Łk 3, 11; 11, 41; Jk 2, 15-16). Jałmużna chrześcijańska różni się od wszelkiego rodzaju działań filantropijnych czy nawet akcji humanitarnych ze względu na motywy, z których wynika. Nierzadko bowiem działania te związane są z bardziej lub mniej wyraźną intencją zdobycia rozgłosu (reklamy, wszelkiego typu tzw. sponsoring) lub zaspokojenia potrzeby publicznego uznania. Tymczasem głównym motywem dawania jałmużny powinna być miłość Boga i bliźniego w duchu słów samego Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

Z licznych czynów miłosiernych co do duszy wylicza się zwykle następujące: g r z e s z n y c h u p o m i n a ć, aby odwrócili się od zła i pojednali się z Bogiem; n i e u m i e j ę t n y c h p o u c z y ć, aby na miarę swoich możliwości poznali zasady wiary i moralności chrześcijańskiej i według nich żyli; w ą t p i ą c y m d o b r z e r a d z i ć, aby mieli jasne rozeznanie dotyczące zwłaszcza oceny moralnej swego postępowania; s t r a p i o n y c h p o c i e s z a ć, gdyż smutek może prowadzić do rozpaczy, pesymizmu i psychicznego załamania, którego konsekwencją jest niekiedy nawet utrata wiary i odejście od Boga; k r z y w d y c i e r p l i w i e z n o s i ć, mając świadomość, że sami nie jesteśmy bez winy i niekiedy również na różne sposoby krzywdzimy naszych bliźnich; u r a z y c h ę t n i e d a r o w a ć, gdyż Bóg zawsze przebacza nam popełnione grzechy i od tego, czy przebaczymy innym, zależy to, czy sami otrzymamy od Niego darowanie win; m o dl i ć s i ę z a ż y w y c h i u m a r ł y c h, aby uprosić u Boga dla żyjących łaskę pełnej i doskonałej realizacji ich życiowego powołania, a dla zmarłych łaskę miłosierdzia i wiecznego zbawienia.

Wydaje się, że łatwiejsza jest pomoc człowiekowi w zakresie potrzeb odnoszących się do jego ciała, co tradycyjnie określa się jako uczynki miłosierne względem ciała. Są one tak bardzo konkretne, że nie wymagają komentarza, a jedynie przypomnienia i zachęty, aby o nich pamiętać i w miarę swoich możliwości zaradzać tym potrzebom naszych bliźnich. Pomocą będą zawsze słowa napomnienia i przestrogi wypowiedziane przez Chrystusa w kontekście sądu ostatecznego: „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili” (Mt 25, 45). Jednocześnie należy mieć świadomość, że obecnie w naszym kraju znacznie wzrosła liczba osób ubogich, a nawet żyjących w nędzy, osób życiowo niezaradnych, które oczekują wielorakiej pomocy, bez której sami nie są w stanie poprawić warunków swojej egzystencji. Pomoc okazana tym osobom wchodzi z całą pewnością w zakres uczynków miłosiernych względem ciała wyliczanych przez Katechizm: „łaknących nakarmić, pragnących napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, umarłych grzebać”.

Jałmużną jest także dar przebaczenia temu, kto zgrzeszył względem nas. Przebaczając innym, sami otrzymujemy od Boga przebaczenie własnych grzechów. Jałmużna przyczynia się także do tego, że modlitwy zanoszone do Boga będą przez Niego przyjęte i wysłuchane. Św. Augustyn pisze: „Czyńcie jałmużnę, aby wasze modlitwy były wysłuchane przez Boga i aby wam pomógł poprawić wasze życie” 43. Wymienione wyżej uczynki miłosierne są przejawem zachowań chrześcijanina w obliczu elementarnych potrzeb człowieka, aby je zaspokoić w sposób przynajmniej podstawowy. Dzisiaj jednak należy mieć na uwadze nie tylko konkretnego człowieka, tego najbliżej nas żyjącego, ale także potrzeby całych społeczności narodowych i międzynarodowych, gdyż wszyscy tworzą jedną rodzinę ludzką. Zwraca na to uwagę Jan Paweł II, apelując często, zwłaszcza w związku z Jubileuszem, aby darować długi krajom biednym. Byłby to z pewnością czyn miłosierdzia chrześcijańskiego całych społeczności państwowych, ale przy aktywnym udziale także poszczególnych osób. Zresztą istnieją już w ramach organizacji międzynarodowych struktury, które w sposób instytucjonalny niosą pomoc będącym w potrzebie. W tych działaniach wyraża się solidarność międzyludzka i konkretna miłość. Nawet gdy nie są to organizacje chrześcijańskie, jeśli czynią dobrze i bezinteresownie pomagają biednym, chorym, więźniom, głodującym – realizują polecenie Chrystusa.

d) Pielgrzymki

Pielgrzymki mają uzasadnienie biblijne. Misja publiczna Chrystusa związana była ściśle z jego pielgrzymowaniem do świętego miasta Jeruzalem (por. KKK 583). Cały Kościół jest także ludem pielgrzymującym do niebieskiej ojczyzny (por. KK 2; 48-49; KKK 671). Również życie każdego chrześcijanina jest pielgrzymką, „czasem łaski i miłosierdzia, jaki Bóg ofiaruje człowiekowi, by realizował swoje ziemskie życie według zamysłu Bożego i by decydował o swoim ostatecznym przeznaczeniu” (KKK 1013; por. 1344; 1392; 1469). Dlatego pielgrzymka może być symbolem życia chrześcijańskiego (por. Hbr 11, 13), gdyż jesteśmy jedynie przechodniami na tej ziemi (por. 1 P 2, 11). Pielgrzymka jest aktem religijnym należącym do pobożności ludowej i jako taka podejmowana jest w celu dziękczynienia, przebłagania i zadośćuczynienia za grzechy lub prośby (por. KKK 1674). Pielgrzymka zawsze związana jest z wysiłkiem i ofiarą. Jest czasem intensywnej modlitwy, słuchania słowa Bożego, umocnienia wiary, pełniejszego zjednoczenia z Bogiem i braćmi. Ma także aspekt eschatologiczny – jest obrazem pielgrzymowania do domu Ojca w niebie.

Papież Jan Paweł II w Incarantionis mysterium pisze, że pielgrzymki są świadectwem wiary i wspomagają religijność chrześcijańskiego ludu, uświadamiając mu, że życie ludzkie jest wędrówką, gdyż człowiek z natury swej jest homo viator. Pielgrzymka do sanktuarium jest zawsze ważnym wydarzeniem w życiu chrześcijan jako symbol indywidualnej wędrówki człowieka wierzącego śladami Odkupiciela, „jest praktyką czynnej ascezy i pokuty za ludzkie słabości, wyraża nieustanną czujność człowieka wobec własnej ułomności i przygotowuje go wewnętrznie do przemiany serca. Przez czuwanie, post i modlitwę pielgrzym postępuje naprzód drogą chrześcijańskiej doskonałości…”.

Pielgrzymka wtedy ma właściwe znaczenie i prowadzi do przebaczenia grzechów, jeśli podejmowana jest w motywów religijnych i połączona jest z uczestnictwem w praktykach pobożnych zarówno w czasie drogi, jak i w samym sanktuarium. Pielgrzymi winni mieć również należytą intencję ofiarowania wszystkich trudów pielgrzymowania za popełnione grzechy oraz pragnienie otrzymania od Boga ich przebaczenia, połączone ze szczerym żalem i mocnym postanowieniem poprawy.

Zakończenie

Obdarzony przez Boga darem nowego życia w sakramencie chrztu i wezwany do ustawicznego jego rozwoju oraz ciągłego doskonalenia naśladowania Chrystusa stosownie do swego powołania i stanu życia, każdy chrześcijanin powinien czynić pokutę. Jeśli popełni grzech ciężki, który zrywa jego więzi przyjaźni z Bogiem i Kościołem, powinien poddać się pokucie sakramentalnej, tzn. wyznać go w indywidualnej spowiedzi, przyjąć i wypełnić wyznaczone przez kapłana zadośćuczynienie (czyn pokutny). Sakrament pokuty i pojednania Kościół zaleca także tym wiernym, którzy nie popełnili żadnego grzechu wymagającego sakramentalnej pokuty, aby jego łaską umocnili się w dobrym i prowadzili coraz doskonalsze życie chrześcijańskie. Natomiast tak jedni, jak i drudzy powinni spełniać uznane i zalecane przez Kościół praktyki pokuty codziennej. Jej formy są bardzo różne i przez to dostępne dla każdego, kto świadom swych grzechów pragnie za nie przebłagać Boga i otrzymać od Niego łaskę przebaczenia. Zaniedbywanie i lekceważenie tych pozasakramentalnych dróg pojednania z Bogiem prowadzić może także do odejścia od sakramentalnej spowiedzi, wynikającego z przekonania o własnej doskonałości i braku grzechu. Natomiast podejmowanie z wiarą i miłością codziennej pokuty doskonale przygotowuje i usposabia do duchowo owocnego spotkania z miłosiernym Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. W życiu religijnym każdego chrześcijanina jest zatem miejsce i stosowny czas zarówno na sakrament pokuty i pojednania, jak i na wielorakie formy tzw. pokuty codziennej, która także gładzi grzechy powszednie i przez to doskonali miłość do Boga.

Ks. Czesław Krakowiak

Pokora Boga – Pycha Szatana

Św. Jan Apostoł uważa pożądliwość ciała i pożądliwość oczu oraz pychę żywota za trzy najbardziej destrukcyjne dynamizmy w życiu człowieka (por. 1J 2,16). Natomiast Katechizm Kościoła Katolickiego, zgodnie z nauką Ojców Kościoła, zwłaszcza św. Jana Kasjana i św. Grzegorza Wielkiego, pychę zalicza do tzw. grzechów głównych i stawia ją na pierwszym miejscu. Zatem pycha, chciwość, zazdrość, gniew, nieczystość, łakomstwo i lenistwo nazywane są grzechami głównymi, ponieważ stanowią źródło innych grzechów i wad (nr 1866).

Jak pokora jest podstawowym warunkiem zjednoczenia z Bo­giem, tak największą przeszkodę do osiągnięcia tego celu stanowi pycha. Jest ona odwrotnością pokory. Z tej racji wielu mistrzów duchowych dużo uwagi poświęca zarówno cnocie pokory, jak i całkowicie jej przeciwnej pysze. Jeśli zatem pokora opiera się na prawdzie w miłości i na mi­łości w prawdzie, to pycha polega na braku zarówno prawdy, jak i miłości. Święty Augustyn trafnie zauważa, że pycha to usiłowanie dominacji z jednoczesnym zapomnieniem o tym, iż jedynie Bóg góruje nad wszystkim (por. „Wyznania”, II, 6). Podobnie sądzi Tomasz Merton, twierdząc, że pycha jest upo­rczywym dążeniem do tego, by być tym, czym nie jesteśmy i ni­gdy nie mieliśmy być („Nowy człowiek”, Kraków 1996, s. 67).

Człowiek pokory

Zarówno pycha, jak i pokora mają wspólne źródło, a jest nim uświadomienie sobie oraz posmakowanie własnych przymiotów i możliwości. Jednak radykalnie różnią się one podejściem człowieka do owego bogactwa własnej osobo­wości. Człowiek pokorny bowiem, zgodnie z prawdą o sobie, jaką czerpie z Objawienia Bożego i własnego doświadczenia życiowego, wszystko, co sobą przedstawia (walory moralno-duchowe, intelektualne, talenty, umiejętności, tytuły, godno­ści itp.), a także to, co ma, uważa za nienależny dar, dany mu niejako w depozyt, aby posługując się nim, pomnażał piękno i dobro w sobie oraz wokół siebie. Z całą prostotą akceptuje je i potrafi się nimi cieszyć, zachowując zarazem wdzięczność wobec Boga i ludzi. Jeżeli pragnie jeszcze czegoś więcej, to raczej po to, aby służyło to na chwałę Boga i dla dobra innych. Jest to więc pragnienie podyktowane nadprzyrodzoną miło­ścią i chęcią dzielenia się zgodnie z radą Pana Jezusa: Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! (Mt 10, 8). Człowiek prawdzi­wie pokorny zawsze pamięta o przestrodze św. Pawła: Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał? (1 Kor 4, 7). Respektuje też chrześcijański porządek rzeczy, o którym apostoł ten pisze w słowach: (…) wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus – Boga (1 Kor 3, 22-23).

Pyszałek

 Natomiast człowiek pyszny, wbrew obiektywnej prawdzie, iż jako stworzenie we wszystkim i całkowicie jest zależny od Boga, a także od innych ludzi, posiadane walory nie tylko traktuje jako bezwzględnie sobie należne, ale nadto siebie samego uznaje za niemal wyłączne ich źródło i przyczynę zaistnienia. Chętnie podkreśla, a nawet wyolbrzymia swoje zasługi i sukcesy. Zamiast oddawać chwałę Bogu, chwali samego siebie. Nie odczuwa potrzeby wdzięczności komukolwiek za cokolwiek, a nawet zgłasza ustawiczne roszczenia, niekiedy w sposób dość ostentacyjny, by go zauważano i ceniono ze względu na to, kim jest i co posiada. Pyszałek nie dziękuje – on żąda! Ponadto nie jest skory do bezinteresowności w posługiwaniu się swoimi walorami, a jeśli czasem służy nimi dla dobra innych, to zawsze ważniejszą motywacją jest dla niego jego „ja”. Pycha nie uznaje zatem jakiejkolwiek zwierzchności nad sobą. Z trudem godzi się z oczywistym faktem zależności człowieka i wszystkich stworzeń od Boga, do którego odnosi się nie z synowską, wdzięczną miłością, lecz z nieufnością i zazdrością jako do swego konkurenta czy wroga. Wobec tego za wszelką cenę i na każdym kroku chce stanowić – zamiast Bożego – własne prawo i porządek.

Szatan – uosobienie pychy

Uosobieniem pychy w czystej postaci jest Szatan. Kościół uczy, że jako anioł, czyli duch rozumny i wolny, miał bardzo dobrą znajomość prawdy o Bogu jako Miłości (por. 1J 4, 8. 16).Mimo tego wzgardził Nim i odmówił służby, realizując własny plan, sprzeczny z Bożym zamysłem (por. KKK 414). To nie Bóg odrzucił Szatana, lecz to on dobrowolnie i nieodwołalnie odciął się od Boga, siebie samego stawiając w centrum własnej egzystencji. Na tym bowiem polega pycha, że skupia istotę rozumną na niej samej, nie zaś na Bogu, Dawcy życia i szczęścia. Prawdę tę doskonale wyraził niemiecki poeta i mistyk z Wrocławia, Jakub Bohme, znany też jako Anioł Ślązak (f 1624). W jednej z sentencji, w większości opracowanych przez Ada­ma Mickiewicza, stwierdza: Gdyby Szatan na chwilę mógł wynijść sam z siebie, toby w tej samej chwili już ujrzał się w niebie.

Szatan swoją pychą usiłuje zarazić ludzi, którymi de facto gardzi i których nienawidzi, szukając jedynie własnej, ponurej satysfakcji w szerzeniu buntu prze­ciw Bogu. Jako ojciec kłamstwa (J 8,44) od czasów raj­skich wciąż oszukuje ludzi, obiecując im, że staną się jak Bóg i poznają dobro oraz zło (Rdz 3, 5). Oznacza to, że – tak jak Szatan – sami będą mogli, poza Bogiem, a nawet wbrew Niemu, decydować, co jest dobre, a co złe. I to jest istota grzechu pychy, który z tej właśnie ra­cji stanowi zasadniczą przeszkodę życia duchowego, gdyż stawiając człowieka w centrum rzeczywistości, przekreśla możliwość zjednoczenia z Bogiem.

Pycha – jako skrzyżowanie kłamstwa i „niemiłości”. – przybiera wiele postaci, niekiedy bardzo sub­telnych, zdolnych nawet imitować wielką pokorę, która w istocie jest głęboką pychą duchową. Polega ona przede wszystkim na szukaniu siebie w tym, co należy do Boga, a więc m.in. na przekonaniu, że wszelki postęp na drodze świętości, czyli intensyw­ne życie sakramentalne, sztukę modlitwy, surową ascezę, dzieła miłosierdzia człowiek zawdzięcza sobie i w ten sposób robi Bogu „uprzejmość”. Przykładem duchowej pychy jest faryzeusz z Jezusowej przypowieści, który dziękował Bogu, że nie jest jak inni grzesznicy, lecz odznacza się gorliwością w kul­cie i wypełnianiu przepisów prawa (por. Łk 18, 9-14). Zabrakło mu jednak prawdy i miłości.

Kryterium posłuszeństwa

 Podstawowym kryterium, za pomocą którego łatwo ocenić, czy mamy do czynienia z pokorną pobożno­ścią, czy duchową pychą, jest posłuszeństwo. Pycha nie znosi bowiem posłuszeństwa, lecz chce na własną rękę i po swojemu dążyć do doskonałości. Osoba pysz­na zawsze wszystko „wie lepiej”, nie potrzebuje niczy­jej pomocy, nawet łaski Bożej. Ponadto wydaje się jej, że potrafi zdziałać takie rzeczy, które obiektywnie przekraczają jej możliwości, a także osiągnąć taki po­ziom uduchowienia, jakiego mogliby pozazdrościć jej najwięksi święci. Jednym słowem: pokora jest mądro­ścią, a pycha głupotą. Bóg zaś pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje (1 P 5, 5; por. Jk 4, 6).

Pokora Boga

Boga, który jest wielki, stać na pokorę i uniżenie; osobę ludzką, doświadczającą swej małości, nieustannie dopadają zmory pychy i niezdrowej megalomanii. Człowiek już w raju chciał być jak Bóg, uzurpując sobie prawo do Jego władzy i Jego wiedzy (por. Rdz 3, 5). Niebezpieczeństwo pychy zagraża każdemu bez wyjątku, zwłaszcza temu, kto porównuje się tylko ze słabszymi od siebie. Pycha przejawia się w błędnym mniemaniu o sobie, domaganiu się przesadnej czci dla siebie przy równoczesnej pogardzie dla innych. Dlatego ludzie oddani pysze, chociaż błądzą i popełniają zło, nie czują skruchy, co tym bardziej skłania ich do złego postępowania. Na przykład dotknięty tą wadą pracodawca, mimo poniżania podwładnych i stosowania kar nieadekwatnych do winy, zawsze znajdzie argument, by swe postępowanie uzasadnić dobrymi następstwami: wydajniejsza praca, lepszy reżim, większe zyski. To pycha w wymiarze „mikro”. A w wymiarze „makro”? To pycha tysięcy, a nawet milionów ludzi, którzy w pogoni za nowoczesnością i dobrobytem chętnie przystali na opinię mediów laickich, wedle której dziś mają wierzyć tylko ludzie starzy, słabi i niewykształceni, natomiast młodzi i inteligentni poradzą sobie bez Boga!

W latach panowania ustroju komunistycznego w Polsce ukuto pojęcie światopoglądu naukowego, wrzucając do jednego worka religię, Boga i wszelki zabobon. Przynęta pychy działa stale na tej samej zasadzie: iluż to ludzi nie chciałoby uchodzić za lepszych, oświeconych i nowoczesnych?

Bóg schodzi do człowieka 

Św. Paweł szokuje nas ciągle przeciwstawieniem „mądrości krzyża” i „mądrości świata” (por. 1 Kor 1, 17-30). Ludzie patrząc na Krzyż bez światła Objawienia, widzą w nim jedynie bezsens okrutnego cierpienia. Rozum się gorszy, bo nie przypuszcza, by cierpienie Jezusa Chrystusa miało jakiś sens i by można było w nim zobaczyć jakieś dobro. A w Krzyżu wyraża się niezwykła miłość Boga. Prawie wszystkie religie – jak pisał kard. Joseph Ratzinger – obracają się wokół problemu zadośćuczynienia. Powstają z poczucia winy wobec Boga i wyrażają usiłowanie, by to poczucie winy usunąć, winę przezwyciężyć przez spełnienie uczynków pokutnych Bogu w ofierze („Wprowadzenie w chrześcijaństwo”, Kraków 2006, s. 296). W Nowym Testamencie jest na odwrót. To nie człowiek przychodzi do Boga, by Mu coś ofiarować dla przejednania Go, tylko Bóg przychodzi do człowieka, by obdarować go sprawiedliwością. Biblijne wyjaśnienie faktu Krzyża niesie ze sobą coś niesłychanego: Bóg nie czeka, aż winowajcy przyjdą, by się z Nim pojednać, lecz On sam wychodzi im naprzeciw. Co więcej, zgadza się na to, by posłany na świat Boży Syn wziął na siebie winy i doświadczył ich konsekwencji w naszym zastępstwie. Krzyż jest znakiem bezgranicznej miłości Boga, który zniża się z pokorą do człowieka.

Diabelska antyewangelia

Czy wobec tego opinia ludzi, którzy twierdzą, że Bóg nie interesuje się człowiekiem albo że człowiekowi pragnącemu się do Niego zbliżyć stawia wymagania nie do pokonania, nie wynika z ignorancji i zlej woli? Trudno zrozumieć współczesnego człowieka, który wysuwa wobec Boga tak bezpodstawne zarzuty. W tych wszystkich oskarżeniach jak echo odbija się kłamstwo Szatana, geniusza podejrzeń (Jan Paweł II), który wiedząc, iż nie może pokonać prawdy o miłości Bożej, zakrywa ją kłamstwem i kreowaniem podejrzliwości w sercu człowieka. Powtarzane jeszcze dziś te i podobne oskarżenia pod adresem Boga należą do diabelskiej antyewangelii. Krzyż natomiast nie jest znakiem bezsensownej ofiary, lecz bezgranicznej miłości Boga, który w Chrystusie pojednał świat ze sobą (2 Kor 5, 19). Może jednak ktoś uporczywie pytać: dlaczego Bóg Ojciec zezwolił na to cierpienie Syna? Albert Camus odpowiedział: Chrystus przyszedł, aby rozwiązać dwa problemy zasadnicze, które są właśnie problemami zbuntowanych: zła i śmierci. Jego rozwiązanie polegało przede wszystkim na tym, że doświadczył obu. Bóg-Człowiek cierpi także, i cierpi bez skargi. Nie można obarczyć go winą za zło i śmierć, skoro jest rozdarty i umiera. Noc na Golgocie dlatego ma tak wielkie znaczenie w historii ludzi, że w jej ciemnościach istota boska, jawnie porzucając przywileje, przeżyła aż do końca lęk śmierci z rozpaczą włącznie. Czyż nie jest wyrazem pychy człowieka oskarżanie Boga o brak czułości i brak miłości? Boga, który ogo­łocił samego siebie, przyjąwszy postać Sługi (Flp 2, 7)?

Pokusa samozbawienia

 Przed około 20 laty przeprowadzono pewne interesujące badania w Stanach Zjednoczonych, na temat wpływu modlitwy na zdrowie człowieka i jego szczęście. Stwierdzono w nich, iż ludzie, którzy wierzą w Bożą obecność i się modlą, dwukrotnie szybciej wracają do zdrowia, lepsze są wyniki ich leczenia i terapii. Ponadto osoby te doskonale radzą sobie z doświadczeniem cierpienia, a także z widmem śmierci.

Gdy o wynikach tych badań zaczęto mówić na uczelniach, wielu słuchaczy przynosiło sporo wycinków z różnych gazet, zwłaszcza z „Reader’s Digest”, potwierdzających tę tezę. W większości przypadków zainteresowanie takimi skutkami modlitwy było jednak podszyte modą wykreowaną przez ruch New Age, by medytację traktować jako najbardziej użyteczną technikę zdrowotną. Należy prostować prostować wyobrażenie ludzi o modlitwie chrześcijańskiej, która nie polega – jak w New Age – na doskonaleniu technik medytacyjnych dla zdobycia kontroli nad własnym ciałem lub na złączeniu własnego ducha z „energiami kosmosu” pozwalającymi zdobyć stan wewnętrznego spokoju i uciszenia myśli. Zaskoczeniem było wyznanie jednego z mężczyzn, który z naiwną nieświadomością uczestniczył w seminarium kontroli umysłu metodą Silvy aż do momentu, gdy przyszedł etap zaproszenia „ducha doradcy”. To mu się nie zgadzało ze światopoglądem chrześcijańskim, bo przecież nie słyszał, by istniały dobre duchy poza aniołami… Owo newage’owe zainteresowanie modlitwą pokazuje także pychę człowieka, który szuka samozbawienia, w sobie samym chce znaleźć nadzwyczajne moce lub przez medytację łowić z kosmosu boskie energie.

Modlitwa Jezusa

 W chrześcijaństwie nie chodzi o to, by poprzez techniki modlitewne ułatwiać dostęp dobrych energii do ciała i duszy oraz by „zapanować” nad nimi, ale by się poczuć małym – doświadczyć, iż jesteśmy w rękach miłującego Boga, a całe nasze życie i śmierć są pod Jego ochroną. Świadczy o tym pokora samego Jezusa, który na modlitwie wyrażał całe swoje oddanie Ojcu i zależność od Niego. On nas nauczył postawy przyjmowania i zgody na plan Ojca. Mówił: Ojcze nasz, bądź wola Twoja, przyjdź królestwo Twoje, chleba powszedniego daj, odpuść nasze winy, broń nas przed pokusami, ochroń od złego ducha. Jezus uczy nas także prostoty w relacji z Ojcem oraz wiary w Jego dobroć. Znamienny jest w tym względzie tekst, który ukazuje, że modlitwa chrześcijańska jest też modlitwą w Duchu: W tej chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić (Łk 10, 21-22). Jest to jeden z najpiękniejszych tekstów ukazujących radość i szczęście Jezusa, które rodzą się z bezpośredniej relacji z Ojcem. W tej modlitwie uwielbienia Chrystus objawia, iż miłość Bożą mogą poznać ludzie, którzy z prostotą dziecka przyjmują ją i cieszą się z tego, że ich imiona zapisane są w niebie (Łk 10, 20). Tej prostoty osobowej relacji i miłości brakuje w wizji modlitwy według New Age.

Spośród kilkudziesięciu świadectw o tym, jak Jezus się modlił, warto przytoczyć jeden epizod, zapisany w Ewangelii według św. Marka. Otóż Jezus po całodziennym trudzie głoszenia, uzdrawiania i uwalniania ludzi od złych duchów nad ranem, gdy

jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił (Mk 1, 35). Chrystus ukazuje, iż na modlitwie doświadczał spotkania z Ojcem, co było dla Niego źródłem umocnienia i radości. Modlitwa chrześcijańska nie jest zatem „przekonywaniem” Boga, że powinien nam pomóc, lecz otwieraniem się na tę pomoc, której On chce nam udzielić, zanim jeszcze poprosimy. Chrześcijanin w pierwszej kolejności powinien uwierzyć w hojność i miłość Boga. Inaczej będzie zarzucał Go swoimi żądaniami zaprowadzania ziemskiego raju.

Pokora Ducha Świętego

 Jeden z moich kolegów księży po powrocie z rekolekcji o Duchu Świętym powiedział pełen entuzjazmu: Nareszcie nawróciłem się! Nareszcie uwierzyłem w Ducha Świętego! To jego wyznanie wprawiło mnie w zdumienie, więc zapytałem, czy do tej pory nie wierzył, że Duch Święty jest Bogiem. Wierzyłem – odpowiedział – ale dopiero teraz po raz pierwszy „odezwałem się” do Niego w słowach: „Dziękuję, że jesteś i mieszkasz we mnie. Kocham Cię i proszę, abyś mi wybaczył te wszystkie lata mojego milczenia!”. Na końcu wyznał, iż fałszywa pokora przeszkadzała mu uwierzyć, że Ktoś tak święty mógłby w nim, grzesznym, mieszkać. Rzeczywiście, fałszywa pokora jest czasami gorsza od pychy, bo człowiekowi niekiedy wydaje się, że tylko w tej kwestii jest niegodny Bożej dobroci, a w innych zasługuje na po­chwałę, a może nawet na uznanie w oczach Bożych. Dopiero kiedy uznamy, że wszystko, co posiadamy, jest prezentem od Pana Boga i łaską, wówczas rodzi się w nas autentyczna pokora, która owocuje odczu­ciem wdzięczności i radości.

Niestety, ów ksiądz nie jest wyjątkiem. Jako teolog spotykam się wśród katolików z zupełnym ignorowa­niem tej Obecności, którą jest Osoba Ducha Świętego. Jakżeż wielu ludzi uważa, że Bóg nie interesuje się nimi i dlatego oni mają również prawo… nie intereso­wać się Bogiem! Przecież Objawienie Nowego Testa­mentu mówi wyraźnie, iż następstwem misji Chrystu­sa na ziemi było posłanie Ducha Świętego! Przedtem rzeczywiście Bóg mógł wydawać się daleki, bo ludzkie wnętrze nie przyjmowało Boga z powodu założonej na ludzką duszę kłódki, jaką był grzech pierworod­ny i grzechy osobiste. Po zbawczej śmierci Chrystusa na krzyżu, a następnie Jego zmartwychwstaniu, Bóg mógł posłać Ducha Świętego do ludzkich wnętrz. Oto największy Dar w całej historii! Nasze osoby stały się świątyniami, to znaczy Jego mieszkaniami! A ponie­waż Duch Święty jest Osobą Trójcy Świętej, dlatego przez Jego Osobę przychodzi do nas i zamieszkuje w nas cała Trójca!

To zamieszkiwanie Ducha Świętego w naszych grzesznych ciałach (trzeba dodać: przy częstym igno­rowaniu Jego obecności) teologia nazywa „kenozą Ducha Świętego”, czyli ogołoceniem i uniżeniem. Od momentu, kiedy człowiek uwierzy w tę obecność, całe jego życie staje się modlitwą, bo przecież Bóg z nami się nie rozstaje. Łatwo można poznać ludzi, którzy od­kryli tę Obecność: są pełni wdzięczności.

By powyższe słowa nie wytworzyły mylnego wrażenia, iż Duch Święty – w mocy którego stworzone zostały wszelkie byty ma­terialne i duchowe w świecie, a także cały wszechświat – dziś nie może wpłynąć na ludz­ką historię z powodu zablokowania ludzkich serc (czyli woli) na Jego działanie, warto przy­pomnieć, iż działa On wszędzie tam, gdzie jest wiara i czynna miłość. Co więcej, do listy zna­ków działania Ducha Świętego należy dopisać wszelkie zwycięstwa dobra nad złem w ludz­kich sercach, wszystkie łaski, cnoty i Jego owo­ce. To jeszcze bardziej nam uświadamia, jak mało jest wzywany Duch Święty! Bo przecież tak wiele jeszcze nienawiści i niezgody między ludźmi… Źródłem niegasnącej nadziei jest tyl­ko pokora Boga, który chce być z nami pomimo naszej niewdzięczności.

Ks. Krzysztof Guzowski, Ks. Marek Chmielewski

Coaching – zagrożenie duchowe

Gdyby pokusić się o najprostszą definicję coacha, byłby nim ktoś, kto nie doradzi, jak realizować swoje cele, ale zmotywuje do samodzielnego znalezienia odpowiedzi na dręczące pytania.

Istota coachingu

Istotą coachingu jest tzw. niedyrektywność, czyli nienarzucanie osobie mu poddawanej (tzw. coachee) żadnych rozwiązań. To ona sama dzięki umiejętnemu podprowadzeniu ma znaleźć rozwiązanie swojego problemu. Stwarza to jednak problem już na poziomie założeń. Jeśli coachee ma już cały zasób wiedzy i umiejętności, by wprowadzić pozytywne zmiany w swoim życiu, dlaczego ma tracić czas i pieniądze na długotrwałe rozmowy z kimś, kto go nie zna, lecz będzie sondował go za pomocą pytań, tak by w końcu tę wiedzę wydobyć i uporządkować? Wystarczyłoby otrzymać wydruk odpowiedniego zestawu pobudzających myślenie pytań i samemu zobaczyć, które z nich są najbardziej przydatne, by uporządkować
posiadaną wiedzę i stworzyć plan jej wykorzystania.

W coachingu chodzi zatem o coś innego – o interakcję z człowiekiem, coachem, który uważnie słucha klienta i wspiera, dając podnoszące na duchu komunikaty, np.: Dasz radę, wiem to. W tym momencie coaching jawi się raczej jako bezpieczny, powierzchowny rodzaj terapii podnoszącej poczucie własnej wartości. Jednak nie o samo słuchanie i podnoszenie na duchu chodzi.

Inaczej niż terapeuta, inaczej niż przyjaciel

Najpopularniejszy rodzaj coachingu to ak­tualnie tzw. life coaching. Jest on nastawiony na do­skonalenie relacji, poprawę jakości życia osobiste­go, rozwój osobisty. Cele life coachingu mogą obej­mować np. poprawę relacji w rodzinie, nawiązanie przyjaźni, znalezienie pracy. Inaczej niż terapeuta, coach nie diagnozuje żad­nych problemów, ani ich nie leczy. Inaczej niż przy­jaciel – coach pobiera pieniądze za słuchanie. Ile to jest warte?

Szacuje się, że aby osiągnąć zamierzony, realistyczny cel definiowany na pierwszej sesji coachingowej klient potrzebuje od 3 do 9 miesięcy cotygodniowych sesji. Coach staje się dla klienta „lustrem”, pomagającym roz­poznać nawykowe sposoby radzenia sobie z wyzwania­mi. Staje się też zachętą do porzucenia swojej „strefy komfortu” i wypróbowania nowych sposobów. Staje się wreszcie odpowiednikiem „sponsora” u Anonimowych Alkoholików – kogoś, kto słucha klienta, jego cotygo­dniowej „spowiedzi” relacjonującej sukcesy i porażki w realizacji wyznaczonego celu, a więc kimś, kto ze­wnętrznie motywuje do dotrzymania złożonych obiet­nic. Coach jest kimś, kto pomaga klientowi, by ten sta­nął w prawdzie o sobie. Cotygodniowe spotkania oraz umiejętnie zadawane pytania pomagają klientowi wziąć odpowiedzialność za podejmowane lub niepodej­mowane w międzyczasie decyzje.

W tym zakresie life coaching może być przydatny. Od kilkudziesięciu lat promowany jest „partnerski” styl ro­dzicielstwa. Rola rodzica nie polega już na wychowa­niu dziecka, a jego wspieraniu, obdarzaniu bezwarun­kową miłością, braku wymagań. Klasyczne metody wy­chowawcze dostały etykietkę tresury. Dzieci, od których nie wymaga się dyscypliny, nie kształtuje się cnót wytrwałości i systematyczności, wchodzą w dorosłość, nie umiejąc od siebie wymagać. Do jakiego stopnia? Niektórzy pracodawcy, którzy zatrudniają ludzi na zlecenie, mówią o pojawiającym się problemie u młodych osób, które nie przychodzą do pracy np. dlatego, że nie chciało im się rano wstać z łóżka.

Osobom, którym brakuje samodyscypliny, wytrwałości, wyznaczania sobie celów, odpowiedzialności itp., coach będzie bardzo pomocny jako zewnętrzne źródło motywacji do osiągnięcia wyznaczonego celu. Tym bardziej motywującego, że aby go osiągnąć, trzeba dodatkowo zapłacić za kilkadziesiąt sesji.

NLP i pseudopsychologia sukcesu

Pojawia się przy tym szereg problemów. Jak roz­poznać naprawdę pomocnego coacha? Przecież nie jest to zawód regulowany. Wystarczy wziąć udział np. w kilkumiesięcznym kursie korespondencyj­nym, by otrzymać certyfikat coacha. Drugi problem – o wiele poważniejszy – to pytanie o metody stoso­wane przez coacha.

Jestem przekonany, że jeszcze zanim przyjdziesz na kolejną sesję, sam poczujesz i zobaczysz, jak zmie­nia się Twoje życie – zachęca pewien coach do sko­rzystania z jego usług. Jeśli ktoś miał do czynienia z programowaniem neurolingwistycznym (NLP), z pewnością rozpoznaje konstrukcję tego zdania. Autor wychodzi z założenia, że ludzie reagują po­zytywnie na argumenty adresowane do ich domi­nującego kanału percepcji rzeczywistości – a więc „wzrokowcy” zareagują pozytywnie na obietnicę zobaczysz, z kolei „kinestetycy” na odwołującą się do zmysłu dotyku sugestię poczujesz. W zdaniu tym zawarty jest też komunikat z ukrytym założeniem, które musimy przyjąć za pewnik, aby całość miała sens. Tu pewnikiem jest założenie, że przyjdziemy na kolejną sesję. Założenie to jest też próbą przekonania nas, że zauważamy pewne rzeczy, których tak naprawdę nie dostrzegamy, np.: Wiem, że już teraz dostrzegasz korzyści, jakie przyniesie ci bycie bardziej pewnym siebie i zorganizowanym dzięki coachingowi.

Poważne zastrzeżenia w kwestii NLP zgłasza To­masz Witkowski w artykule „Teoria i praktyka NLP w oczach psychologa społecznego” (tekst dostępny on-line). Niestety, wykorzystywanie NLP w life coachingu jest nagminne. Setki warsztatów łączą na­wet w nazwie life coaching i NLP. W innych warszta­tach wykładowcy chwalą się swoimi certyfikatami w tym obszarze, inne z kolei w programie zajęć sy­gnalizują korzystanie z „osiągnięć” NLP.

Równie niepokojące jest przesiąknięcie metod coachingowych iluzją pseudopsychologii sukcesu. Chodzi tu o przekonanie, że nie istnieją obiektywne ograniczenia uniemożliwiające osiągnięcie sukcesu przez człowieka, a jedynym ograniczeniem są jego założenia, iż nie jest w stanie go osiągnąć. Według tego magicznego w swej istocie podejścia, zmieniając swój sposób myślenia o świecie, zmieniamy rzeczywistość.

Współczesna spowiedź?

Poważna wątpliwość dotycząca coachingu, wskazuje, że wydaje się on po części wchodzić w kompetencje i spełniać zeświecczoną rolę kierownictwa duchownego oraz spowiedzi. Nie bez przyczyny użyłam wcześniej analogii do cotygodniowych spowiedzi. W gruncie rzeczy sesje coachingowe spełniają psychologicznie podobną funkcję jak spowiedź – chodzi o stanięcie w prawdzie o sobie. Co prawda przy coachingu rozliczamy się z odpowiedzialności, wytrwałości, pracowitości, unikania pułapek samousprawiedliwień, dlaczego czegoś nie zrobiliśmy, a więc dotyczących świeckich celów, jednak często life coaching zahacza o system wartości, oceny moralne itp. A zatem wchodzi w obszar definiowany w chrześcijaństwie w kategoriach wad i zalet, grzechów oraz dobrych uczynków.

Owszem, częścią celów sesji coachingu jest po­prawienie poczucia własnej wartości u coachee, natomiast w spowiedzi zawsze chodzi o stanię­cie w prawdzie o swojej grzeszności (co raczej nie podnosi poczucia własnej wartości). Doświadczeni coachowie wiedzą jednak, że podstawą odniesienia przez klienta sukcesu jest stanięcie w prawdzie o sobie, zobaczenie swoich słabości i walka z nimi. A zatem dobrze prowadzona sesja coachingowa to dobrze zrobiony rachunek sumienia, postanowienie poprawy, a także stworzenie planu, jak walczyć ze słabością, która najbardziej prowadzi ku klęsce (czyli wadą główną).

Stąd pytanie, czy regularna spowiedź, kierownictwo duchowne oraz czytanie mądrych książek, pomagających w rozwijaniu cnót, kształtowaniu dobrych nawyków oraz pracy nad sobą, nie załatwiają na poziomie czysto psychologicznym tego samego, co coaching?

Oczywiście, w spowiedzi nie chodzi o to, by łatwiej osiągać ziemskie cele. Warto jednak zwrócić uwagę, że czysto praktycznym skutkiem ubocznym częstej spowiedzi jest zdolność do stawania w prawdzie o sobie – bez usprawiedliwień, wymigiwania się od odpowiedzialności itp. A to przydaje się też przy wyzwaniach codziennego życia. Tym bardziej, że – jak przypomina św. Ignacy Loyola w „Ćwiczeniach duchownych” – dopiero właściwa hierarchia wartości zapewnia podejmowanie właściwych decyzji, a dążenie do najważniejszego celu życia pomaga we właściwym jego uporządkowaniu: W każdym dobrym wyborze – o ile to możliwe z naszej strony – nasza intencja powinna być czysta. Na uwadze mieć powinniśmy tylko cel, dla którego jesteśmy stworzeni, to znaczy chwałę Boga, naszego Pana, i zbawienie własnej duszy. Tak więc cokolwiek wybiorę, musi mi to pomagać do [osiągnięcia] celu, dla którego zostałem stworzony, nie podporządkowując celu środkom, lecz środki celowi.

Jeden z popularniejszych obecnie nurtów w psy­chologii stanowi psychologia pozytywna. Kierunek ten nie jest jednak nastawiony na pomoc w proble­mach, ale na rozwój osobisty i realizacją pełni poten­cjału człowieka. Zwolennicy tego nurtu nie zajmują się więc zaburzeniami, ale stawiają na profilaktykę i dobrostan jednostki.

Od pozytywnej psychologii do pozytywnego myślenia

Psychologowie pozytywni odwołują się do Platona i Arystotelesa. Korzystają też z koncepcji S. Freuda, C.G. Junga oraz psychologów humanistycznych. Psy­chologia pozytywna uzurpuje sobie prawo do wskazy­wania ludziom właściwej drogi życia i daje prostą re­ceptę na szczęście. Według niej przyjemność płynąca z pozytywnych doznań zmysłowych i estetycznych to jeden z ważniejszych aspektów, choć nie jedyny. Psychologowie ci dostrzegają też potrzebę zaangażowa­nego życia, pracy nad budowaniem relacji, a także rozwoju osobistego, wymagającego rozwijania cnót. Nie chodzi tu jednak o cnoty w rozumieniu filozo­fów antyku ani o walkę duchową, jaką zaleca chrze­ścijaństwo. Nie chodzi też o zwalczanie wad i złych przyzwyczajeń ani o dążenie do dobra i prawdy, któ­re mają prowadzić do prawdziwego szczęścia, tak jak rozumiał je Arystoteles. Do rangi cnót psychologia pozytywna wynosi m.in. optymizm, poczucie humo­ru, zdolności przywódcze. Rozwój w tych obszarach ma zapewnić pełne zadowolenie i szczęście.

Psychologia pozytywna bazuje na znanym od dawna tzw. pozytywnym myśleniu. Jest ono czymś więcej niż tylko optymistycznym nastawieniem do świata. To przede wszystkim przekonanie, że nasze myśli mogą kształtować rzeczywistość i mają real­ny wpływ na to, co nam się przydarza. Według tej koncepcji za pomocą pozytywnego nastawienia i od­powiednich afirmacji można zmieniać samego sie­bie, ale też otaczający świat. Oczywiście, kiedy ktoś myśli negatywnie, blokuje rozwój swojego potencja­łu oraz niejako przyciąga złe wydarzenia. Pozytyw­ne myślenie prowadzi do sukcesu, negatywne – ten sukces oddala.

O takie przekonania dalekie są chrześcijańskie­mu światopoglądowi, a bliskie… magii. Ojciec ideolo­gii pozytywnego myślenia Napoleon Hill niejedno­krotnie odwoływał się do spirytyzmu, korzystał też z pomocy duchów przewodników. Był przekonany o wpływie świata duchów na losy ludzi, a pozytywne myślenie uznał za drogę do otwarcia się na nich oraz umożliwienie im działania. Hill wierzył, że jego misją jest przekazanie ludzkości recepty na sukces. Uważał, że jeśli mocno się w coś wierzy, to z pew­nością to się wydarzy, a to, co ogranicza człowieka, jest wyłącznie brak wiary we własne możliwości.

Założenia coachingu

Psychologia pozytywna w praktyce to coaching. Treningi rozwojowe mają w założeniu pomagać w zwiększaniu motywacji i przyczyniać się do osią­gnięcia wyznaczonych celów. Tym samym mają zwiększać stopień zadowolenia z życia. Głównymi obszarami pracy coachów są: biznes, finanse, rela­cje międzyludzkie, zdrowie. Coaching ma także po­magać przekraczać bariery, rozszerzać strefę komfortu, pomagać w poznaniu siebie, podnosić poczu­cie własnej wartości.

Duża część metod stosowanych w coachingu zo­stała jednak zapożyczona z obcej chrześcijaństwu duchowości i może stanowić zagrożenie duchowe. Coaching bazuje na starożytnej filozofii hawajskiej – hunie. Jej podstawowe założenia są niemal identycz­ne z tymi, jakie deklaruje (i przyjmuje) wielu zna­nych coachów. Wyglądają one następująco:

  1. Myśli wpływają na nasze doświadczenia i na to, co nas w życiu spotyka.
  2. Ograniczenia istnieją tylko w umyśle, a zatem człowiek może osiągnąć co tylko zechce.
  3. Jeśli poświęcimy całą swoją uwagę jednej idei, sta­nie się ona rzeczywistością.
  4. Koncentrujemy się na tym, co tu i teraz, żyjemy chwilą.
  5. Człowiek jest jednością z wszechświatem.
  6. Siły nie trzeba szukać na zewnątrz, ona jest w nas samych.
  7. Ważne jest, aby wybrać dobry środek do realizacji danego celu.

Nowocześni szamani

Choć założenia są podobne, każdy coach wypracowuje własną metodą. Stąd na rynku obecnych jest tak dużo różnych technik, że nie sposób je wszystkie opisać.

Coaching to nie tylko motywacyjne mowy coachów, popularnych w mediach społecznościowych. Duża część coachingu to meto­dy nawiązujące do tradycji okultystycznych. Wielu znanych coachów szczyci sią tym, że są uważani za nowoczesnych szamanów. Jonette Crowley, twórczyni popularnej metody SBF (Soul Body Fusion), mówi o sobie wprost, że jest współczesną mistyczką, miejską szamanką, doskonałym medium. Deklaruje, że ma dwóch duchów przewodników – Marka oraz Białego Orla. Swoje warsztaty prowadzi metodą chanellingu, a więc wchodzi w trans i kontaktuje sią z bytami duchowymi. SBF polega na powrocie do natury, otwar­ciu sią na „wyższą jaźń”, dzięki czemu ma powstać lepsza wersja siebie. Metoda wy­daje sią bardzo prosta. Wystarczy wygod­nie usiąść, dłonie zwrócić ku górze i wyra­zić swoje pragnienie czy intencją. Następnie trzeba przez 10 minut trwać bez jakiejkolwiek aktywności fizycznej i intelektualnej, nie my­śleć o niczym, tylko obserwować sygnały płynące z ciała. Dzięki temu ma dochodzić ma do fuzji duszy i ciała.

Bardzo popularna w Polsce Ewa Foley jest uczenni­cą Crowley, ale wypracowała własną metodą. Od lat prowadzi warsztaty dla kobiet, oferując im drogą do prawdziwego szczęścia i spełnienia. Jest specjalist­ką w zakresie hipnozy, znawczynią huny i szamani­zmu, propagatorką pozytywnego myślenia, a także nauczycielką jogi. Foley uczy kobiety, jak sią realizo­wać w życiu. Pokazuje przy tym, że są niedoceniane i że zasługują na coś więcej. Przekonuje, iż powinny być niezależne i samodzielne.

Do hawajskiej huny nawiązuje także metoda zwa­na terapią wyższego „ja”. Proponuje sią tu zestrojenie niższego „ja” z wyższym w celu odkrycia prawdziwe­go celu i sensu życia. Wyższe „ja” jest tożsame z Bo­giem, spełnia prośby, daje inspiracje dotyczące roz­woju, wskazuje drogę, a przy tym zawsze podsuwa najlepsze rozwiązania. Zachęca też do rozwoju zawo­dowego, gromadzenia środków materialnych, pod­powiada, które inwestycje są korzystniejsze. Ponad­to pokazuje, jak rozwiązywać konkretne problemy oraz chroni przed skutkami błędnych decyzji. Kon­takt z wyższym „ja” napełnia człowieka poczuciem miłości i spełnienia. Zakłada sią tu, że każdego spo­tyka tylko to, czego oczekuje. Jeśli ktoś spodziewa sią dobrych rzeczy, one mu sią niewątpliwie przydarzają. Najważniejsze, aby pozostawać w kontakcie ze swo­im wyższym „ja” i do niego sią bezpośrednio zwracać w każdej potrzebie. Istotne jest także to, aby nieustannie oczyszczać umysł ze wszystkich
negatywnych myśli, poczucia winy, kompleksów.

Kolejna metoda terapeutyczna coachingu, nawiązująca do wyższego
„ja”, ma skrót SRT (Spititual Response Therapy). Skrótowo mówiąc, polega na usuwaniu blokad, oczyszczaniu negatywnych wspomnień i nieuświadomionych ograniczeń. Jej zwolennicy oferują polepszenie sytuacji materialnej, likwidacją połączeń z innymi wymiarami, odczynianie klątw i uroków, unieważnianie przysiąg, ślubów i kontraktów, odblokowanie pozytywnej energii, przeprogramowanie archetypów negatywnych na pozytywne, a nawet uzdrawianie zwierząt. Ponadto zwolennicy i propagatorzy tej metody nie kryją się z tym, że stosują magią. Czynią nawet z tego atut i znajdują wielu chętnych, którzy gotowi są zapłacić dużo pieniędzy, aby tylko polepszyć swoje życie.

Jedną z popularnych technik w coachingu jest także pisanie zamówień do Siły Wyższej. Dzięki niej ludzie uczą się, jak wejść w dobry związek, znaleźć satysfakcjonująca pracę, spełniać wszystkie swoje pragnienia. Me­toda polega na spisywaniu wszystkich swoich marzeń i pragnień w formie listu do Siły Wyższej, co ma podpo­rządkować życie bliżej nieokreślonej rzeczywistości du­chowej i jako żywo przypomina cyrograf. Zakłada to od­danie się Sile Wyższej, bezgraniczne jej zaufanie oraz otwarcie się na spodziewane dobrodziejstwa.

Obecność tych metod coachingowych w zdomino­wanym przez racjonalizm i naukę świecie może wy­dawać się niezrozumiała. A jednak są to metody po­pularne – często wśród ludzi wykształconych, któ­rzy świadomie odrzucają chrześcijaństwo, nato­miast wiarę w Boga traktują jak zabobon.

A oto świadectwo Roberta, byłego adepta coachingu:

Jak się zaczęła Pana przygoda z coachingiem?

Chciałem założyć firmę i szu­kałem informacji, jak to zrobić. Trafiłem na bardzo dobrą książ­kę Roberta Kiyosakiego. Jeśli cho­dzi o kwestie biznesowe, mogę go z czystym sumieniem polecić. Jest to człowiek zorientowany w tym, co robi. On prowadzi forum na te­mat przedsiębiorczości. Tam trafi­łem na pewnego człowieka z Czę­stochowy. On dał mi swój numer telefonu, a ja do niego zadzwoni­łem. Zaproponował mi marketing sieciowy.

Co to jest?

To jest system, w którym firma nie sprzedaje tradycyjnie w skle­pach, tylko tworzy sieć przedsta­wicieli. Na listę wpisuje się jakąś osobę i ona zarobi pieniądze, je­śli wpisze kolejnych 10 osób. Te 10 osób musi zrobić jakieś zakupy w tej firmie i każdy dostaje jakiś udział w zyskach. Tam poznałem dużo osób zwią­zanych z marketingiem siecio­wym. Ciekawa rzecz, że wśród ludzi od marketingu sieciowe­go dominowało podejście hedo­nistyczne. Wychodzono z założe­nia, że jeśli się myśli o czymś ne­gatywnie, ściągnie się na siebie negatywne rzeczy. Jeśli myślisz negatywnie, wszechświat da ci negatywne rzeczy, a jeśli myślisz pozytywnie, wszechświat da ci pozytywne rzeczy. W tej per­spektywie człowiek musiał się komunikować tylko i wyłącznie w sposób pozytywny. Jeśli wyra­ził się negatywnie albo się zde­nerwował, nie rozwiązywano tego problemu. Stwierdzano je­dynie: Nie mów tak, masz się wy­rażać tylko pozytywnie. To pro­wadziło do tego, że gdy był jakiś problem, nie można było o nim mówić, bo problem jako taki jest negatywny. W konsekwen­cji prowadziło to do ignorowa­nia problemów. Na przykład jeśli ktoś miał problem z długami, nie mógł o tym mówić czy myśleć. Trzeba było ignorować problem i należało myśleć, że ma się dużo pieniędzy.

Czyli zaklinanie rzeczywistości?

Tak. Na przykład jeśli było zim­no, trzeba było myśleć, że jest go­rąco. Należało nawet zdjąć kurt­kę, wierząc, że jest gorąco. To jest może śmieszny przykład, ale ob­razowy. Ludzie z marketingu sieciowe­go zaczęli opowiadać o coachin- gu. Pierwsze zapoznanie z tym te­matem to film nakręcony przez Rhondę Byrne. Po pewnym cza­sie poznałem swojego coacha. Nie pamiętam, w jakiej sytuacji mia­ło to miejsce. Chyba wysłał mi ja­kiś link. W tamtym okresie spoty­kaliśmy się na 3-dniowych zjaz­dach, na których medytowaliśmy, wprowadzaliśmy się w stany hip­nozy, wyobrażaliśmy sobie różne rzeczy. Na przykład ktoś, kto miał problemy ze zdrowiem, wyobra­żał sobie walkę swojego organi­zmu z chorobą. Organizm wygry­wał tę walkę, a ów człowiek miał być zdrowy. Jeśli ktoś chciał być bogaty, wyobrażał sobie, jak spły­wają do niego pieniądze. Jeśli ktoś chciał mieć rodzinę, wyobrażał sobie szczęśliwe dzieci. Tak było praktycznie z każdą sytuacją ży­ciową. Spotykaliśmy się na 3 dni. Spo­tkanie zaczynało się rano i trwa­ło parę godzin. Były to wspólne ćwiczenia. Potem był obiad, a na­stępnie znowu kilkugodzinne ćwiczenia. Wieczory były luźniej­sze, były rozmowy, żarty.

Kim był Pana coach?

To był człowiek po pięćdziesiąt­ce, teraz ma ok. sześćdziesięciu lat. Sporo przeszedł w życiu. Był nauczycielem, dyrektorem szkoły specjalnej, a potem trafił do mar­ketingu sieciowego i coachingu. Z tego marketingu sieciowego otrzymałem zaproszenie na luźne spotkanie na jednaj z uczelni. To kosztowało chyba 50 zł. Tam spo­tkałem mojego coacha. On na po­czątku wprowadzał mnie w te­mat. Nawiązałem z nim kontakt. Zacząłem chodzić do niego na sesje coachingowe. Trwały one maksymalnie 3 godziny. Sesja z kilkoma osobami kosztowała kilkadziesiąt złotych, a sesja pry­watna to wydatek 100 zł za godzi­nę. Sesje odbywały się raz w ty­godniu. Byłem na 4 czy 5 takich sesjach. Szedłem w jednym tygo­dniu, potem na kolejną za 2 czy 3 tygodnie. Coach dawał ćwiczenia, któ­re można było praktykować w domu. Należało np. ustawiać siebie w umyśle na osi czasu, wy­obrażać sobie przyszłość. Trzeba też było przenieść swój umysł do przyszłości, którą chciało się za­aranżować. Były również wahadełka, a tak­że ćwiczenia związane z pod­świadomością. Polegały one na tym, że programowało się umysł, iż człowiek jest biedny. W tej sy­tuacji umysł należało przeprogra­mować na to, że człowiek jest bo­gaty. Jeśli ktoś był sam, miał wy­obrażać sobie, że jest w związku. Jeśli ktoś był uczniem, miał być dobrym uczniem. To było total­ne grzebanie w psychice. Wystę­powało też wiele elementów bud­dyzmu.

Jakie na przykład?

Posążki Buddy, wahadełka. Na­leżało też napić się szklanki wody i w tym czasie pocierać sobie ner­ki. A wówczas coach zadawał ja­kieś pytania. Poza tym człowiek pochylał się do przodu i do tyłu. Takie przechylanie też coś ozna­czało. Wierzono też w reinkarnację. Trzeba było sobie wyobrażać, kim człowiek był w przeszłości. Jeśli osoba cofnęła się do poprzednie­go wcielenia, mogła zacząć praco­wać nad obecnym wcieleniem.

Czy stwierdził Pan, kim był w poprzednim wcieleniu?

Ja nie miałem takich ćwiczeń. Ale miała je dziewczyna, którą tam spotkałem. By to stwierdzić, nie wprowadzano człowieka w hipnozę, ale zadawano mnó­stwo pytań, które miały pomóc mu określić, kim był w poprzed­nim wcieleniu.

Czy był Pan wprowadzany w hipnozę?

Nie, ale wprowadzałem się w autohipnozę. Polegało to na tym, że zamykałem oczy i pod­świadomie „pracowałem” umy­słem, coś sobie wyobrażałem. Podświadomość była otumanio­na. Traciłem kontrolę nad swo­im organizmem, ale cały czas by­łem świadomy. To jest odwrotnie niż w sytuacji, w której człowiek śpi. Choć jest rozluźniony, świa­domość została wyłączona. Tu natomiast im bardziej ciało było rozluźnione, tym lepszy miał być efekt medytacji związany z rodzi­ną, bogactwem itd.

Czego Pan oczekiwał po coachingu?

Po sesjach coachingu została we mnie rozbudzona żądza posia­dania. Chciałem np. być bogaty, mieć samochód, nieruchomości.

Czy coaching miał Panu pomóc w zdobyciu tych dóbr?

Tak. Mój umysł został tak „określony”, że niby miałem mało pieniędzy. Miałem robić wszyst­ko, aby mieć ich dużo. Dopiero gdy porzuciłem coaching i się na­wróciłem, zaczęła mi „wychodzić” przedsiębiorczość. Dopiero wte­dy zacząłem zarabiać pieniądze. To jest dowód na to, że coaching tak naprawdę nie działa, tylko człowiek ma się zwrócić ku Bogu, a On uczyni tak, jak będzie chciał, i da człowiekowi to, co zechce.

Wspomniał Pan o posążkach Buddy i wahadełku. Czy to nie budziło w Panu podejrzliwości?

Na początku wydawało mi się to śmieszne. Jednak w pewnym momencie szkolenia trzeba było napisać na kartce swoje odczucia na ten temat. Coach odnosił się potem do tego. Stosował wahadeł­ko. Kiedy zobaczyłem reakcję wa­hadełka na kartkę, zacząłem tę kwestię traktować poważnie.

Czy wahadełko było dla Pana wyznacznikiem prawdy?

Tak. Ono wiedziało coś o mnie i o moim charakterze.

Wspomniał Pan, że mimo szkoleń z coachingu nie miał Pan więcej dóbr materialnych. Czy coaching jest nieskuteczny?

Tak. Dwa lata siedziałem w tym temacie i nic się nie działo. Coś się zaczęło dziać dopiero po moim nawróceniu.

A jak do niego doszło?

Nastąpiło to pod koniec grud­nia 2012 r. Włączyłem sobie film – parodię słynnego filmu „Egzor­cysta” z lat 1973 r. Moja cieka­wość została rozbudzona. Trafi­łem wtedy na nagrania egzorcy- zmów Anneliese Michel. Do dziś te nagrania są na YouTube. Zaczą­łem ich słuchać. One mnie przera­ziły. Wziąłem do ręki różaniec. Od tego momentu zaczęły dziać się różne rzeczy. Poszedłem do kościoła. Okazało się, że byłem zniewolony przez złego ducha. To spowodowało, że zacząłem moc­niej wierzyć. Zacząłem też cho­dzić do kościoła i się spowiadać.

Co się wtedy konkretnie działo?

Nie mogłem spać w nocy ani zgasić światła. Jak tylko je zgasi­łem, miałem wizję demonicznego człowieka, który się nade mną po­chylał. Widziałem też bestię stoją­cą w korytarzu, psa w rogu poko­ju, który się tylko czaił, aby mnie ugryźć. Mogłem nie spać cały dzień i całą noc, a jak kolejnej nocy szedłem spać, mogłem przespać maksymalnie 3 godziny. Na ogół wszystko kończyło się ok. 6 rano. Dopiero wtedy mogłem zasnąć.

Jak długo trwał proces nawrócenia? Kiedy Pan stwierdził, że coaching jest zagrożeniem?

W tamtym okresie zacząłem kupować książki z demonolo­gii napisane przez księży egzor­cystów, np. Gabriele’a Amortha. W lutym 2013 r. byłem na spotka­niu w duszpasterstwie akademic­kim. Wtedy dowiedziałem się o pi­śmie „Egzorcysta”. Kupiłem wów­czas ten miesięcznik i parę ksią­żek. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że to jest złe. Zrezygnowałem z coachingu oraz działalności w marketingu sieciowym.

Czy objawy, o których Pan wspominał, samoczynnie ustąpiły?

Nie. Po moim nawróceniu za­cząłem wrzucać do Internetu róż­ne materiały związane z chrześci­jaństwem. Kolega zaproponował mi wówczas Mszę Świętą u Ojca Daniela w Częstochowie. Pole­cił, żeby później pójść do spowie­dzi, odmówić Litanię do Serca Je­zusowego. Pojechaliśmy. W cza­sie Mszy upadłem. Czułem mro­wienie w głowie, jakby mi włosy z niej wychodziły. Po Mszy wróci­łem do domu. Wtedy się zoriento­wałem, że wszystko się skończy­ło. Mogłem już normalnie spać, przestałem widzieć te zjawy, któ­re wcześniej mnie nękały. Wszyst­ko ustąpiło, jak ręką odjął.

Czy później nie było nawrotów?

Nie. Owszem, czasem były ja­kieś pokusy, ale nic poza nimi się nie zdarzało.

Jeśli chodzi o finanse, czy potem wszystko zaczęło się układać?

Tak. Znalazłem nową pracę, bo w dotychczasowej miałem spore problemy. Otworzyłem własny in­teres, który rozwijam do tej pory. Nie jest może rewelacyjnie, ale nie jest też źle.

Paweł Sokołowski, Anna Wasiukiewicz, Bogna Białecka