Czy Halloween to tylko niewinna zabawa?

 

Przez ostatnie lata znacząco w Polsce wzrosła moda na Halloween…

Ta moda przyszła do nas z Zachodu. Ale koniecz­nie trzeba zwrócić uwagę, skąd się wzięło samo Halloween. Jest ono pogańskim świętem Celtów, którzy 31 października żegnali lato, a witali zimę. To było za­kończenie jednego roku i rozpoczęcie drugiego. Pod­czas tego święta celtyccy kapłani, czyli druidzi, w spo­sób szczególny oddawali cześć bogu śmierci, który na­zywa się Samhain. Wierzono, że 31 października wywoływał on duchy osób zmarłych, które za życia były złymi osobami. Te złe duchy nękały ludzi i dokuczały im. Aby tego uniknąć, składano im ofiary, w tym tak­że z ludzi. Natomiast sami druidzi wyruszali w tym dniu od zamku do zamku, domagając się dla siebie je­dzenia. Jeżeli nie dostawali, to przeklinali dane miej­sce. Czasami domagali się składania ofiar szatanowi z młodych dziewcząt, które palono na stosie.

To, że dziś ludzie przebierają się za zombie, może być wynikiem faktu, że w okresie celtyckim przebie­rano się w czarne stroje, aby upodobnić się do złego ducha. Chciano go w ten sposób oszukać, żeby nie ro­bił ludziom krzywdy.

We współczesnym świecie ludzi często nie tyle interesuje moc Chrystusa, który wyzwala człowieka od Złego, ile działanie samego Złego. Pytają, jak to się dzieje, że demon wchodzi w człowieka, co mówi, jak reaguje osoba opętana. Młodzi są bardziej za­fascynowani szatanem i jego działaniem niż Jezusem. Młodych ludzi często bardziej niż Jezus in­teresuje ich diabeł, często pada odpowiedź, że jest to ciekawsze. Młodzi są bardziej zafascynowani tym, co jest złe, tajemnicą zła niż tajemnicą Jezusa Chrystusa, Pana, który uwalnia.

Świętość nie pociąga, wydaje się nieatrakcyjna...

Świętość nie ma też, można powiedzieć, dobrej reklamy. Gdy patrzymy na świętych Kościoła, to wielu z nich było męczennikami, wielu żyło w ubó­stwie, musiało się dużo wyrzec, by potem odkryć ta­jemnicę Boga w swoim życiu. To nie jest popularne. Teraz świat koncentruje się na konsumpcji, a nie na świętości. Wielu młodych łatwiej znaleźć w pubie czy galerii niż w kościele.

Oczywiście nie jest rolą Kościoła, zęby reklamować się w ludzki sposób. Ma głosić Ewangelię i nią żyć. Praw­dą jest też, że Pan Bóg nie zrezygnuje z żadnego człowie­ka i będzie walczył o niego do samego końca. Często bę­dzie wykorzystywał jakieś trudne sytuacje życiowe. Je­śli u boku osoby, która doświadcza kryzysu życiowego, pojawi się ktoś, kto żyje Ewangelią, jest ogromna szansa, że tej osobie ukaże piękno Jezusa i Ewangelii.

W szkołach – i nie tylko – moda na Halloween jest dość popularna. Warto zadać sobie pytanie: czy wydrążona dynia ze świeczką w środku jest już zagrożeniem?

Święty Paweł radzi, żeby unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła. Jakakolwiek praktyka stosowana w Halloween, nawet ta „niewinna” jest taką tylko pozornie. Z literatury wiemy, że dynia ze świeczką w środku może być symbolem duchów błąkających się w po­staci ogników. Poza tym wszystkie czary i magia są tylko pozorną zabawą. To wkraczanie do świata du­chów, a szatan traktuje takie rzeczy całkiem poważ­nie. Nawet jeśli dla zabawy przebieramy się w zombie czy wystawiamy przed dom symbole Halloween, po­mimo tego, że uważamy to za zabawę, diabeł traktuje to poważnie. Przez taką szczelinę może wejść i doko­nać spustoszenia w sercu człowieka. Chrześcijanin nie może uczestniczyć w takiej zabawie, ponieważ dla niego Panem życia i śmierci jest Jezus Chrystus. Chrześcijanin nie może sprawować kultu śmierci. Nie powinien się też ze śmierci wyśmiewać.

Halloween propaguje satanizm, okultyzm, ale też osłabia chrześcijańskie spojrzenie na samą śmierć, jej powagę, ośmiesza kult świętych.

Tutaj mamy do czynienia z ewidentnym wyśmiewa­niem się ze śmierci. Te praktyki Halloween, które po­legają chociażby na czarach i wróżbach, nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem. Bóg zabrania w Księ­dze Wyjścia korzystania z jakichkolwiek guseł czy usług wróżek.

Halloween może być furtką otwierającą demonowi dostęp do serca. Jeżeli człowiek w porę się nie opamięta, może to doprowadzić nawet i do opętania.

Pewna osoba, która należała do sekty satanistycznej, zapytana co sądzi o nocy z 31 października na 1 listopada. Odpowiedziała mniej więcej tak: Wielu trak­tuje to jako niewinną zabawę. Dorośli wciągają w nią jeszcze dzieci. Jest to czas, w którym demony najbardziej działają, a sata­niści to wykorzystują. Na pewno nie jest to zabawa.

Po Halloween wzrasta ilość osób, które przychodzą z prośbą o pomoc.

Egzorcyści stwierdzają, że po Halloween więcej osób potrzebuje pomo­cy duchowej. Gdy ktoś otwiera się na działanie Złego, to on może to szybko wykorzystać w postaci nękania czy dręczenia. Szczególnie podatne na skutki Halloween są dzieci. Jest mnóstwo przypadków, dzieci, które przed świętem Halloween były grzeczne, spokojne, dobrze się uczyły i nie sprawiało żadnych problemów. Jakimś dziwnym trafem po „niewinnej zabawie” Halloweenowej dzieci te przestają się uczyć, mają koszmary senne, boją się ciemności, są jakieś nieswoje i przestraszone. Oczywiście rzadko kto wiąże te skutki z Halloween, a jednak trzeba mieć oczy otwarte, bo zły duch wcale nie śpi i czeka tylko na takie okazje.

Anton Szandor LaVey uważa Halloween za jedno z trzech podstawowych świąt satanistycznych, oprócz dnia urodzin i święta Walpurgii. Warto zadać sobie pytanie: czy jego słowa można traktować jako przestrogę przed Halloween?

Dla osób głęboko wierzących na pewno tak. Nato­miast dla obojętnych w kwestiach wiary albo poszu­kujących sensacji jest to zaproszenie do tego, żeby spróbować czegoś tajemnego. Niestety, osoby te nie wiedzą wówczas, że będą tego potem żałować

Trudno powiedzieć, dlaczego Halloween zyskało w Polsce taką popularność. Być może ma to związek z czasową bliskością katolickiej uroczystości Wszystkich Świętych. O słuszności tego przypuszczenia może świadczyć sam termin „Halloween”, który powstał ze skrótu dwu nazw – All Hallow Day, czyli Dzień Wszystkich Świętych, oraz Ali Hallow Evening (Wieczór Wszystkich Świętych).

Zadziwiające jest przejęcie zwyczajów absolutnie obcych polskiej kulturze i najczęściej wcale w niej nierozumianych. Kto bowiem z młodych ludzi, którzy zapalają świecę, aby wsadzić ją do wydrążonej dyni, wie, że nazywa się ona Jack-o’-lantern i związana jest z imieniem człowieka z irlandzkiej legendy? Kto wie, że ta legenda mówi o potępieńcu, ukaranym za paktowanie z diabłem? Gdy nawet człowiek zna źródła tej legendy, to czy naprawdę wierzy w sens powtarzania gestów potępionego Jacka?

„Zabawa” symbolami śmierci oraz paktowaniem z diabłem może prowadzić do niebezpiecznego zjawiska, zwanego w nauce o kulturze banalizowaniem symboli. Przyzwyczajenie się do pewnych symboli oraz zabawowe ich traktowanie niszczy świat kultury, która wypracowała szacunek, a także postawę milczenia i zadumy wobec tajemnicy śmierci człowieka, cmentarzy, grobów. Zniszczenie owej postawy, która w chrześcijańskiej kulturze nieodzownie łączona jest z cmentarną ciszą, budzić może nowe pokolenie barbarzyńców. W średniowiecznych kronikach spotkać można opisy plądrowania polskich miast przez pogańskich najeźdźców. Kronikarze odnotowywali też, że barbarzyńcy nawet zmarłym nie dali spokoju, plądrując ich groby. Pusty śmiech w wigilię Wszystkich Świętych, urządzane wówczas dyskoteki i tańce czy czerwone wino (symbol krwi) wypijane z pucharów w kształcie trupich czaszek są tego typu destrukcją kulturową.

 Sprzeciw Kościoła.

Katoliccy biskupi Francji uznali obchodzenie Halloween za odrodzenie pogańskich zwyczajów. Ko­ściół luterański w Szwecji stwierdził, że Halloween to gloryfikacja zła, przemocy i śmierci. Zmarły arcybiskup Mediolanu Carlo Maria Martini podkreślił, że Halloween jest obce kulturze i tradycji chrześcijańskiej. Zmarły 17 lat temu biskup radomski Jan Chrapek określił Halloween jako pogański obyczaj, bezmyślnie promowany przez media i niektóre szkoły, który zamazuje chrześcijański wymiar modlitewnego spotkania nad grobami bliskich. W wielu amerykańskich szkołach rodzice wymogli na dyrekcji i gronie nauczycielskim, by zaniechano organizowania tego typu zabaw w okresie, który jest przeznaczony na zadumę.

Inny sposób walki z modą na Halloween przyjęli wierzący Rosjanie. W 2014 r. przedstawiciele Chrześcijańskiego Centrum Praw Człowieka oraz wyznawcy prawosławnych ruchów młodzieżowych chodzili 30 października do ulicach Moskwy i rozdawali przechodniom dyniowy sok do picia. Przy okazji poczęstunku pytali o opinie na temat Halloween, a także podejmowali rozmowy na ten temat. Chcieli w ten
sposób wyśmiać importowany zza oceanu zwyczaj. Akcja miała na celu zademonstrowanie obcości kulturowej Halloween i wyrażenie sprzeciwu wobec narzucania rosyjskiemu społeczeństwu – przez dominującą popkulturę – tzw. zachodnich wartości.

Wydaje się, że w organizowaniu Halloween w polskich szkołach sprawdza się socjologiczna zasada, znana jako zachowanie „się”. Grupy podejmują działania, ale nie mają większego pojęcia, co czynią. Na pytanie: Dlaczego to robicie?, odpowiedzią jest jedynie: Bo to się teraz robi, to się teraz obchodzi, tak się teraz bawi. Owo „się” staje się jedynym uzasadnieniem dla podjętych działań. O dalszych skutkach nikt nie myśli. Bagatelizuje się fakt, że dzieci, przebierając się za czarowników, uczestniczą we wróżbach, „bawią się” w strachy. Dominującymi kolorami są czerń i pomarańcz, a najczęstszą symboliką czaszka, piszczele, a więc tzw. symbole cmentarne łączone często z satanizmem. Nawet bezmyślne oddawanie w ten sposób czci Szatanowi jest w jakimś stopniu jego triumfem. Propaguje się okultyzm, wiarę w siły i moce zła, daje się wiarę – choćby na poziomie zabawy – w potęgę ezoteryzmu i spirytyzmu. W październiku 2014 r. podczas spotkania z duchownymi, zebranymi w Rzymie w ramach Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów, papież Franciszek prosił wszystkich, by okazali więcej miłości wobec tych wszystkich, którzy cierpią na skutek działania Złego. Należy zachować rozsądny dystans wobec tego wszystkiego, co proponuje społeczna demagogia, w tym telewizja, kino. W pogoni za sensacją i łatwym poklaskiem często rozbudzają one w młodych ludziach zainteresowanie okultyzmem i satanizmem. Wstępem do tego jest zabawowo traktowane Halloween

 „Katechizm Kościoła Katolickiego” przypomina:

Należy odrzucić wszelkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, wy­woływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. Korzystanie z ho­roskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, po­sługiwanie się medium są przejawami chęci pa­nowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie tajemnych mocy. Praktyki te są sprzeczne z czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bo- jaźnią – które należą się jedynie Bogu (nr 2116),

W kolejnym numerze „Katechizm” rozszerza pouczenie o zagrożeniach duchowych w słowach:

Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do opanowania tajemnych sił, by posługi­wać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliź­nim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Prak­tyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy to­warzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu czło­wiekowi lub uciekania się do interwencji demonów, goni za sensacją i łatwym poklaskiem często rozbudzają one w młodych ludziach zainteresowanie okultyzmem i satanizmem. Wstępem do tego jest zabawowo traktowane Halloween.

Halloween nie jest świętem chrześcijańskim, lecz wywodzi się z tradycji pogańskiej, z celtyckich uroczystości ku czci boga śmierci Samhaina. Później tradycja ta została zawłaszczona przez satanistów, którzy noc z 31 października na 1 listopada połączyli z czarnymi mszami orgiami seksualnymi i obrzędami jednoczenia się z demonami. W niektórych sektach satanistycznych było to związane nawet ze składaniem ofiar z ludzi. Założyciel Kościoła Szatana, Anton Szandor LaVey w swej  Biblii Szatana pisał, że Halloween, obok Nocy Walpurgii, to jedno z dwóch najważniejszych świąt satanistycznych. W tym kontekście symptomatyczne jest, że w powieści „Harry Potter”- – Halloween, celebrowane jest jako Noc Duchów, jest jednym najważniejszych świąt w szkole Hogwart. Można więc powiedzieć, że obchodzenie Halloween w szkołach czy przedszkolach oswaja dzieci z klimatami demonicznymi, tym bardziej, że łączy się je w sposób synkretyczny ze Świętem Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym. Powoduje to zamieszanie w kwestii naszego stosunku do świata zmarłych. Zamiast wołania do Boga o zbawienie dusz mamy wywoływanie duchów, zamiast modlitwy – zaklęcia, zamiast religii – magię.

Z pozoru przecież to wszystko jest traktowane jako zabawa.

Nie do końca tak jest. Nawet zabawa nie gwarantuje bezpieczeństwa, bo zły duch nie zna się na żartach. Zwłaszcza gdy wchodzimy na jego teren, gdy „dotykamy” rzeczy zakazanych przez Boga, gdy przekraczamy pewne granice, które są często niewidzialne. Stąd należy raczej „dmuchać na zimne”. Wiele osób traktowało wywoływanie duchów jako zabawę, a kończyło się na zniewoleniach duchowych. ŚwiętyTomasz z Akwinu pisał, że magia zakłada wysyłanie zaproszenia do demonów poprzez różne znaki, gesty czy symbole. Szczególną kwintesencją takiej postawy są święta pogańskie czy celebracje satanistyczne koncentrujące się wokół rytów przywołujących świat duchów. I oto nagle okazuje się, że taki właśnie dzień staje się okazją do świętowania. Jednocześnie pojawiają się konkretne znaki otwierające nas na rzeczywistość duchową. Na przykład przebieranie się w różne kostiumy ma na celu zmylenie duchów, które mają zwyczaj nawiedzać ludzi ostatniego dnia października. Tymczasem choćby z praktyki egzorcystycznej wiadomo, że nękać ludzi mogą tylko złe duchy, które często imitują duchy zmarłych, co jest zresztą typowe dla spirytyzmu. Poważniejsze wy daje się jednak inne zagrożenie: Halloween wypiera Święto Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny w świadomości i w przeżywaniu – wielu dzieci. Ich stosunek do świata zmarłych przestaje być kształtowany przez dogmaty wiary, które ulegają zbanalizowaniu. Nie ma wtedy świętych obcowania, nie ma modlitwy za zmarłych, jest beztroska zabawa i igranie z ogniem. Dlaczego więc mielibyśmy obchodzić jako swoje święto pogańskie i satanistyczne?

Nasuwa się pytanie jak w takim razie traktować andrzejki, które niemal powszechnie w polskich szkołach rozumiane są jako okazja do powróżenia?

Zastanawiające jest to dlaczego wciąż nie traktujemy grzechu wróżbiarstwa poważnie. Święty Tomasz nazywał ten grzech „uzurpacją prerogatyw boskich”. Biblia zakazuje nam nawet „dotykać” tych rzeczy, zaś Katechizm Kościoła Katolickiego w artykule 2116 mówi bardzo wyraźnie:

Należy odrzucić wszelkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, wywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie tajemnych mocy. Praktyki te są sprzeczne z czcią i szacunkiem połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu. Inaczej mówiąc, chodzi o grzech bezbożności.

Warto porozmawiać z nauczycielami i rodzicami. Bardzo rzadko zdarza się, że któryś z nich uważa to za odwoływanie się do Szatana. Dla nich jest to tylko zwykła zabawa. Mogą też powiedzieć, że nikt nie został przecież opętany przez andrzejki.

Nie chodzi tylko o Szatana, ale o niebezpieczne przekraczanie granic. Czy możemy je wyraźnie wytyczyć? Czy mamy taką pewność? Czy posiadamy taką wiedzę? Nie chodzi przecież o emocjonalny strach, ale roztropną obawę o charakterze intelektualnym, mającą podstawy teologiczne i duszpasterskie.

Co roku 30 listopada obchodzimy liturgiczne wspomnienie św. Andrzeja. Powinniśmy więc tego dnia wspominać owego apostoła i męczennika, tymczasem urządzany, jakieś dziwne celebracje, nie maja ce nic wspólnego z chrześcijańscy, i opierające się na pogańskich zwyczajach wróżbiarstwa. Tu problemem nie jest to, że ktoś zostanie opętany przez andrzejki, ale to, ze od najmłodszych lat lekceważy się pewne zakazy i niszczy’ się pewne bariery. Podważony zostaje autorytet Biblii która bardzo wyraźnie sprzeciwia się jakimkolwiek tego typu praktykom.

W Dziejach Apostolskich mamy scenę, gdy św. Paweł egzorcyzmuje opętaną wróżbitkę, wskazując zarazem na konieczność radykalnego odrzucenia każdej formy wróżenia. Tymczasem my : oswajamy i banalizujemy grzech, którym Pismo Święte wypowiada się z największym oburzeniem. Poza tym celebracja andrzejek i podobnych pogańskich zwyczajów łączy się coraz częściej z narastającą otoczką kultu szczęścia i bogactwa, które się w tym czasie wróżbiarsko przepowiada, obiecując osiągnięcie powodzenia finansowego, sukcesów zawodowych czy szczęścia osobistego. Nie ma przecież andrzejkowych wróżb – a przynajmniej ja się z takimi nie zetknąłem – które zapowiadałyby katastrofy, wypadki, nieszczęścia. W ten sposób andrzejki, a więc wróżby, łączą się podświadomie z dobrymi życzeniami, wręcz z błogosławieństwem. Mamy więc do czynienia z odwróceniem znaczeń, gdyż Biblia mówi, że wróżbici niszczą ducha wiary i moralność narodu oraz ściągają nań przekleństwa. Czy mamy odwagę odrzucić Objawienie?

To ciekawy wątek: powiązanie szczęścia z pieniądzem, jakie stale pojawia się we wróżbach.

Generalnie jest tak, że praktyki okultystyczne zmieniają świadomość w kierunku akceptacji i przywiązania do grzechu, w tym także żądzy pieniądza. Dlaczego ludzie wybierają bogactwo wbrew wzniosłym ideom swych ojców czy moralnym wartościom? Także dlatego, że kuszą ich, często przebrani za psychologów i terapeutów, wróżbici i magowie.

Często obiecują złote góry jako najwyższe wartości: pieniądze i szczęście, bogactwo i zdrowie – zawsze w nierozerwalnym związku. W Dziejach Apostolskich, we wspomnianej już przeze mnie scenie, gdy św. Paweł wyrzuca złego ducha z opętanej wróżbitki, pojawia się wyjaśnienie, że celem działalności owej kobiety było przynoszenie zysku jej panom. Powiązanie między magią a pieniądzem pojawia się także w innych miejscach Dziejów Apostolskich, np. w epizodzie z Szymonem Magiem, który chciał kupić dary Ducha Świętego za pieniądze, czy podczas pobytu św. Pawła w Efezie. Chrześcijanie w tym mieście poznosili księgi magiczne, których wartość oszacowano na kolosalną sumę 50 tysięcy denarów w srebrze, a następnie publicznie je spalili. Często więc wybór między Ewangelią a magią sprowadza się do wyboru między Bogiem a mamoną.

Wielu chrześcijan unika jednak dzisiaj takiego stawiania sprawy na ostrzu noża. Nie chcą podejmować radykalnych decyzji i dokonywać ostatecznych wyborów. Zadajmy sobie pytanie skąd się bierze?

W niektórych przypadkach wynika to ze złej woli, która pozostaje obezwładniona przez grzechy. Jednak że większość ludzi nie ma dostatecznej wiedzy na temat zagrożeń duchowych. Ich dezorientację potęguje panujący wokół zamęt pojęciowy, do którego przyczynia się kultura masowa promująca postawy otwarcia na okultyzm. Jeśli mój ulubiony bohater filmowy i literacki gwałci Prawo Boże, to i ja mogę uczynić to samo – brzmi zakodowany komunikat. Badania socjologiczne wśród młodzieży wykazały, że większość z nich traktuje okultyzm pozytywnie i nie dostrzega w nim zagrożenia. Podobnie jest zresztą w większości produkcji filmowych, co z pewnością ma wpływ na młodych ludzi. Trzeba się temu przeciwstawić.

Biblia rzeczywiście surowo ocenia wróżbiarstwo.

Nawet bardzo surowo. Nazywa je „splugawieniem”, „nierządem”, „obrzydliwością”. Potwierdza to wyraźnie znany biblista ks. prof. Roman Pindel w swojej ważnej książce „Magia czy Ewangelia?”. To nie tylko grzech bałwochwalstwa, ale także duchowego oszustwa, którego ostatecznym celem jest utwierdzenie ludzi w grzechu i odwiedzenie ich od drogi zbawienia. Dlatego zasługuje ono na najwyższy stopień moralnego potępienia.

Ks. Andrzej Zwoliński, o. Aleksander Posacki SJ

 

Demon Południa

Jeżeli wszystkie inne demony podobne są do wschodzącego i zachodzącego słońca, gdyż obejmują tylko część duszy, to demon południa zwykł chwytać całą duszę i dusić umysł. (Ewagriusz z Pontu).

Demon ten atakował najczęściej w „południe życia ludzkiego”, czyli w okresie, gdy człowiek wchodził w wiek śred­ni. Potwierdza to współ­czesna wiedza, mówiąca, że momenty kryzysowe najczę­ściej dopadają czterdziestolatków.

W średniowieczu synonimem rachun­ku sumienia było słowo „saligia”. Po­wstało ono od pierwszych liter sied­miu grzechów głównych w języku ła­cińskim: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira, acedia. Przed spowie­dzią wierny w myślach przystawiał ko­lejne z owych grzechów do swojego ży­cia i rozeznawał, czy im ulegał. Na koń­cu zawsze dochodził do acedii, która na język polski tłumaczona jest jako lenistwo, co nie odpowiada dokładnie charakterowi tego zjawiska. Słowo to pochodzi od greckiego „akedia” i zostało wprowadzone do szerszego użytku przez pustelników w IV wieku.

Mówiono o nich wówczas, że peł­nią dla społeczności funkcję obron­ną w walce duchowej. Wychodzą bo­wiem na pustynię, aby z dala od ludz­kich siedzib wiązać w zmaganiach ze sobą złe duchy. Ojcowie Pustymi na­uczali, że za każdy rodzaj grzechu od­powiada konkretny demon. Na pod­stawie osobistego doświadczenia wie­loletniej walki duchowej jeden z nich, Ewagriusz z Pontu (345-399), doko­nał nawet klasyfikacji i wyróżnił osiem demonów, którym musiał stawiać czo­ła. Najbardziej uciążliwy to demon po­łudnia, który odpowiada za grzech ace­dii. Dla Ewagriusza nie jest to jednak zwykłe lenistwo, ale duchowa obojęt­ność, stan osłabienia duszy, zmęczenie, zniechęcenie, znużenie, melancholia.

 Atak Ósmego Demona

Ten demon atakował mnicha naj­częściej w południe. W najbardziej upalnej porze dnia, kiedy słońce na pu­stymi prażyło niemiłosiernie, pojawia­ły się pierwsze oznaki znużenia modli­twą i ascezą. Dzień zaczynał się wów­czas dłużyć. Człowieka ogarniała fi­zyczna ociężałość, ospałość, oschłość przygnębienie bez konkretnego powo­du, niewytłumaczalna gnuśność, nie­zdolność do koncentracji i działania. Był to jakiś stan duchowego paraliżu. Nawet modlitwa, która dawała radość, gubiła swój smak. Mnicha dopadał wtedy rozpaczliwy smutek, obezwład­niając jego rozum i wolę oraz zanurza­jąc go w świecie ułudy.

Jak pisał Ewagriusz, ten demon – w odróżnieniu od pozostałych – doty­kał nie jakiejś jednej cząstki, lecz całej duszy człowieka. Sprawiał, że człowiek tracił ochotę na cokolwiek, a z czasem rodziło się w nim obrzydzenie i niena­wiść do swej kondycji. Pojawiała się wówczas uporczywa myśl, że nale­ży natychmiast zmienić sposób swoje­go życia. Mnisi w stanie acedii porzu­cali swe duchowe powołanie, gdyż łu­dzili się, że w innym miejscu będzie im lepiej; mężczyźni żonaci porzucali nato­miast swe żony, gdyż to właśnie je ob­winiali o swoje cierpienia. Związywa­li się z obcymi kobietami i natychmiast odczuwali ulgę, ale tylko dlatego, że de­mon południa, widząc, iż osiągnął swój cel, celowo łagodził nacisk.

Kuszenie Czterdziestolatków

Nazwa złego ducha miała też do­datkowe wytłumaczenie: demon ten atakował najczęściej w „południe życia ludzkiego”, czyli w okresie, gdy człowiek wchodził w wiek śred­ni. Potwierdza to współczesna wie­dza, mówiąca, że momenty kryzysowe najczęściej dopadają czterdziesto­latków, którzy nagle potrafią zakwe­stionować całe swoje dotychczasowe życie. Obrazem acedii u Ewagriusza z Pon­tu jest widok mnicha bezmyślnie go­dzinami patrzącego w okno. Ten wzrok utkwiony w oknie jest pragnie­niem ucieczki od rzeczywistości. Wy­obraźnia podsuwa wówczas różne wspomnienia, obrazy, fantazje, które podpowiadają, że w innym miejscu, w innym stanie nasze życie byłoby lep­sze, bardziej wartościowe. Demon po­łudnia nakłania, by uciec od samego siebie i zanegować Boży plan związa­ny z życiem człowieka.

Czesław Miłosz pisał kiedyś, że przed wiekami acedia była doświad­czeniem jedynie samotnych eremitów, dziś natomiast jest czymś, co dotyka bezpośrednio i osobiście milionowych mas. Czy dzieje się tak dlatego, że we współczesnych społeczeństwach nie ma pustelników, którzy związywali­by demony w walce duchowej? Gdy­by Ewagriusz z Pontu żył dzisiaj, być może opisałby ludzi godzinami wpa­trujących się bezmyślnie nie w okno, lecz w ekran telewizora.

Używając nieco innego języka, Carl Gustav Jung nazywał to samo zjawi­sko „kryzysem wieku średniego”. Jego przykładem może być współczesna plaga depresji, wewnętrznego wypale­nia lub rozwodów, których siłą spraw­czą są najczęściej mężczyźni po czter­dziestce, próbujący odnaleźć „nowe życie” i „drugą młodość” w ramionach innych kobiet.

Osamotnienie Zranionego „Ja”

Ewagriusz z Pontu w swym sub­telnym wywodzie wyróżnił aż dzie­więć stopni acedii, która rozpoczy­na się od przesadnego, nieproporcjo­nalnego lęku przed trudnościami, po­przez znużenie, niechęć do jakiegokol­wiek wysiłku, brak wytrwałości i niedbałość w przestrzeganiu zasad, aż do ulegania pokusom i poddania się zmy­słowym pragnieniom.

Gdy demon południa opanuje du­szę, w krańcowych przypadkach koń­czy się na folgowaniu żądzom, chęci używania wszystkiego, a z czasem na kompletnym zatraceniu sensu życia. Ewagriusz pisze, że bardzo trudno jest wesprzeć człowieka pogrążonego w acedii, gdyż ma on poczucie niezro­zumienia i opuszczenia przez wszystkich. Wciąż oczekuje pocieszenia, a gdy go nie otrzymuje, oskarża oto­czenie o obojętność i brak miłości. Są chwile, gdy ma wrażenie, jakby cały świat zmówił się przeciwko niemu.

W sumie żadna osoba postron­na nie jest w stanie pomóc takie­mu człowiekowi, gdyż toczy on we­wnętrzną walkę, w której przeciw­nikiem nie jest ani żona, ani kole­dzy z pracy, ani współbracia w ka­płaństwie, lecz własne „ja”. To wła­śnie w owym zranionym „ja” kryje się – zdaniem eremity z Pontu – główna przyczyna acedii. Jest nią egoistyczna i nieuporządkowana miłość własna, często nieuświadomiona.

Duchowe Zmaganie

Jakie jest, według Ojców Pusty­ni, lekarstwo na tą duchową choro­bę? Otóż zalecają oni cierpliwe i wy­trwałe przetrzymanie tego stanu, który jest okresem pewnej duchowej próby. W tym czasie należy zachowywać umiar w postępowaniu, trzymać się powziętych postanowień, a przede wszystkim w każdej chwili uciekać się do Boga. Gdy człowieka męczy modlitwa, niech wzdycha z pokorą do Boga, błagając Go o ratunek. Najlep­szą formułą jest powtarzanie modli­twy Jezusowej: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną, grzesznikiem”. Albo jeszcze krócej: „Jezu, ufam Tobie”.

W tego typu bolesnych zmaganiach często wypala się nieuporządkowana miłość własna, a człowiek zaczyna do­świadczać, że jedyne, co go trzyma przy życiu, to Boża opieka. Wtedy zaczyna opierać swoje życie nie na sobie, lecz na Bogu. Widzi, że jedyną jego nadzie­ją nie są własne zasługi, lecz Boże mi­łosierdzie.

Grzegorz Górny

Pęknięta cięciwa

Pewien człowiek wyjechał do pracy za granicę. Zatrudnił się w garbarni. By zaoszczędzić zamieszkał w stróżówce tuż obok miejsca pracy. Wstał wcześnie rano i do zmierzchu intensywnie pracował. Jego koledzy zaś wynajęli mieszkanie w  pobliskiej miejscowości i prowadzili normalne życie. On uważał że szkoda pieniędzy i czasu na dojazdy. Zaoszczędzony czas chciał przeznaczyć na pracę.

Minął miesiąc, może trochę więcej… Koledzy jak zwykle w poniedziałek, po weekendzie, przyjechali do zakładu, ale nie zastali swojego towarzysza. Wła­ściciel garbarni oznajmił im, że ten nagle spakował się i wyjechał. Kupił bilet lotniczy i rezygnując z bar­dzo dobrych zarobków, wrócił do Polski. Po prostu miał dość – nie wytrzymał. Pękła napięta cięciwa.

Skutki przemęczenia

Lenistwo jest częstszą przywarą niż pracoho­lizm. Niemniej ten drugi też nie jest rzadki i nie należy go lekceważyć. Każdy brak umiaru jest szkodliwy i nie chodzi tu wyłącznie o aspekt zdrowotny, ale również o duchowy. Święty To­masz z Akwinu przywołuje przykład z nacią­gniętą cięciwą luku. Gdy cały czas jest ona moc­no napięta, to zmęczenie materiału sprawia, że w końcu pęka. Podobnie było w tym przypadku. Lekceważenie odpoczynku, relaksu, oderwania się od spraw związanych z codziennym zarob­kiem było przejawem braku roztropności. Bez nich ów człowiek wyczerpał swoje siły fizyczne, ale chyba przede wszystkim psychiczne.

Zjawisko „pękniętej cięciwy” nie dotyczy tyl­ko pracy zawodowej. Jeśli ktoś nie panuje nad nerwa­mi, jest ciągle rozdrażniony, wybuchowy, a jednocz­śnie nieustannie „żyje w biegu”, niedosypiając, rezy­gnując z weekendów czy urlopów, to bardzo trudno bę­dzie mu powstrzymywać złe emocje. Wszelkie wysiłki zmierzające do postępu w tym zakresie spełzną na ni­czym. Można wręcz powiedzieć, że w takich przypad­kach roztropny wypoczynek, zebranie sił, jest niezbęd­nym warunkiem postępu duchowego!

Wypoczynek sprzyja regeneracji sił. Sam w sobie nie jest grzechem, ale – to ważne – nie jest również celem naszego życia. Celem jest działanie, które prowadzi do wytworze­nia dóbr duchowych, lecz także mających cha­rakter materialny, doczesny. Dlatego Cyceron powiedział: Natura nas nie zrodziła do zaba­wy i żartów, ale raczej do czegoś twardego i do zajęć poważniejszych i większych.

Między pracoholizmem a lenistwem

Myśl starożytna (a potem katolicka) już przed wiekami wskazała na pozytywne aspek­ty zabawy oraz odpoczynku, a nawet opisała specjalną cnotę odpowiadającą za ich dobre funkcjonowanie. 0 ile fizyczny odpoczynek (zwłasz­cza po intensywnej pracy) polega na bierności rucho­wej (np. leżeniu), to odpoczynek psychiczny wiąże się ze zmianą „obiektu uwagi” i obniżeniem natężenia ne­gatywnych emocji. Tak jak ciało nabiera sił, nie wyko­nując forsownych czynności, tak intelekt koncentruje się na rzeczach mniej poważnych, niewymagających skupienia i natężenia myśli oraz emocji. W starożyt­ności ludzie wolni zazwyczaj nie pracowali fizycznie, dlatego zainteresowania filozofów nie budził bierny odpoczynek (zresztą nie było w nim wielkiej filozofii), ale odpoczynek oparty na dobrej zabawie. Z grecka na­zywa się on eutrapelią.

Arystoteles definiuje wspomnianą cnotę jako umiejęt­ność zabawienia innych rozmową, ale i „doznawania ra­dości z dowcipu”. Św. Tomasz określa ją zaś łacińską na­zwą iucunditas (dowcipność), ewentualnie bona conver- satio (dobra rozmowa towarzyska). Chodzi zatem o umie­jętność prowadzenia relaksującej rozmowy towarzyskiej. W iucunditas występują dwa momenty: czynny i bierny. Z jednej strony mamy wyuczone działanie, polegające na umiejętności rozweselania towarzystwa, a z drugiej – umiejętne, taktowne reagowanie na dowcip.

Eutrapelia we współczesnym świecie

Zabawa oparta na towarzyskich pogwarkach ze współczesnego punktu widzenia wydaje się dosyć nud­ną rozrywką. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości w tym zakresie. Ale i dawniej dopuszczano inne for­my rozrywki, jak choćby teatr. Spektakl musiał jed­nak reprezentować odpowiedni poziom moralny i in­telektualny. Św. Tomasz generalnie uważał zawód ko­medianta za godziwy (nawet pomimo nadmiernej kon­centracji na rozrywce), bo służący rozweselaniu ludzi. Jednak przedstawienie musi spełniać pewne podstawowe warunki. Przede wszystkim nie może zawierać niedozwolonych słów lub czynności. Nie może też bawić sprawami, które po prostu nie po­winny być przedmiotem wesołości, a także nie nale­ży go urządzać „w nieodpowiednim czasie”.

Współczesna „rozrywka komediancka” to nie tylko teatr; dochodzi tutaj film, kabaret, na swój sposób „rozweselaczami” są również sportowcy (lub nie – zależy od wyniku meczu) i piosenka­rze. Niestety, dominuje rozrywka wulgarna i pry­mitywna, której celem jest nie tyle relaks i weso­łość, co kryjąca się za nią męcząca psychicznie manipulacja.

Dodatkowo możemy jeszcze uprawiać sport, tu­rystykę, szeroko rozumiane hobby, czytać cieka­wą lekturę czy wspólnie biesiadować. Wszystkie te obszary ludzkiej aktywności wymagają znale­zienia złotego środka, czyli odnajdywania tego, co jest w danych okolicznościach godziwe. W spo­rcie, turystyce, lekturze, a przede wszystkim w biesiadowaniu można utracić zdrowy umiar, ale można też korzystać z nich racjonalnie, nie przekraczając granicy, za którą jest wada

Manicheizm i rygoryzm

W krytyce zabawy i odpoczynku można pójść za daleko. Czasami w środowiskach ka­tolickich traktowane są one w sposób manichejski. Kojarzą się zawsze z czymś złym, pry­mitywnym, niegodnym. Jeśli nawet tak rze­czywiście bywa, to nie każda zabawa jest zła ze swej istoty. Zazwyczaj taką się staje przez jej wynaturzenie.

Musimy zatem nieustannie szukać zdrowe­go umiaru między „poważną działalnością” a zabawą, ale również w samej zabawie. Skłon­ność do czasowego zapamiętania się w niej jest również formą mniej lub bardziej zakamu­flowanego lenistwa. Po drugiej stronie mamy zaś przesadę w pracowitości, jak przytoczona na początku autentyczna historia.

Zdarza się, że religijny rygoryzm niekiedy odrzuca zabawę i odpoczynek, nie dlatego, że są złe same w sobie, ale ze względu na to, że uważa je za niegodne prawdziwego chrześci­janina. Na tym świecie, jak twierdzą rygoryści, nie ma czasu na żarty. Argumentują tak: Niewiele mamy czasu tu na ziemi, nie może­my go marnotrawić na rozrywkę. Odpocznie­my po drugiej stronie. To prawda, stworzeni je­steśmy dla nieba, a nie dla śmiertelnych pocze­kalni ziemi, dlatego powinniśmy prowadzić ja­kąś formę pozytywnej działalności, a nie tyl­ko odpoczywać. Musimy sobie jednak odpo­wiedzieć na proste pytanie: czy mamy praco­wać dla samej pracy, czy ma ona dawać nam przede wszystkim jakieś efekty? Gdy pracu­jemy bez wytchnienia, jesteśmy przemęczeni i automatycznie stajemy się mniej efektywni, dlatego pogarda dla odpoczynku pod wznio­słym hasłem, „niemarnotrawienia czasu” pro­wadzi do nieproduktywności, a w życiu ducho­wym może być przyczyną upadków.

Oczywiście trzeba tu zawsze roztropnie wy­ważyć wszystkie „za” i „przeciw”, żeby pod po­zorem „regenerującego siły odpoczynku” nie wkradło się lenistwo. Każda sytuacja i każ­dy człowiek wymaga specjalnego rozeznania, bo każdy ma swoją granicę, po przekroczeniu której jego wydajność w pracy zawodowej czy duchowej staje się mniejsza.

Ponadto za takim wzniosłym pracoholi­zmem może kryć się nieufność w opiekę Bożą i chęć zrobienia wszystkiego po swojemu. Pa­miętajmy, że dużo możemy uzyskać dzięki mo­dlitwie. Wraz z pracą powinniśmy się otwie­rać na działanie łaski i pomoc Bożą, a nie tyl­ko polegać na tym, co zrobimy sami, swoim wysiłkiem. Stąd już tylko krok do pychy. Be­nedyktyńskie hasło „módl się i pracuj!” aktu­alne jest nie tylko wśród mnichów, ale rów­nież wśród chrześcijan pracujących we współ­czesnych społeczeństwach.

Mechanizm zatracania

Jednak w większości przypadków pracoho­lizm ma bardziej prozaiczną przyczynę. U jego podstaw znajduje się najczęściej pieniądz. Oso­by zatrudnione w wielkich korporacjach czy nawet prowadzące własną firmę tracą miarę w pogoni za mamoną, pracując do późnych go­dzin, także w dni wolne. Oczywiście za tą po­gonią kryje się jakaś idea: budowy własne­go domu, wakacyjnych wojaży, podniesienia prestiżu wśród znajomych czy po prostu ży­cia na wysokim poziomie. Bywa, że motywa­cja jest słuszna: bo czy idea zbudowania domu dla własnej rodziny jest zła? Niemniej w pew­nym momencie sposób jej realizacji sprawia, że wszystko się psuje.

Ten mechanizm w nieco innym kontekście opisał już Szekspir w „Makbecie”:

Często, przyjacielu,

Narzędzia pieklą prawdę nam podają,

Aby nas w zgubne potem sieci wplątać;

Łudzą nam duszę uczciwym pozorem,

Aby nas znęcić w przepaść następstw

Tutaj też idea jest dobra, ale po pewnym cza­sie okazuje się, że zbudowaliśmy dom, lecz po drodze utraciliśmy coś, co jest esencją życia w tym domu, czyli miłość w rodzinie. Nieraz można obserwować ludzi znerwicowanych, dziwnie napiętych, niepotrafiących cieszyć się dniem, a to dlatego, że dla nich najważniej­sza jest praca, perfekcjonizm i pogoń za zy­skiem, niekiedy podlewana wzniosłymi ide­ami. Przez tę pogoń tracą umiar i… to „coś”. To „coś” jest ważniejsze od tego, co zyskują dzię­ki ciągłej gonitwie. Znowu pęka cięciwa, tylko to pęknięcie ma inny wymiar niż w przypadku człowieka pracującego w garbarni. Niekiedy trzeba dużej roztropności, żeby dokonać wła­ściwego wyboru, bo co zrobić, jeśli zwolnienie tempa życia jest niemożliwe, gdyż wiąże się np. z utratą pracy w ogóle?

Problem pracy i odpoczynku (zabawy) pole­ga na ciągłym poszukiwaniu „złotego środka” pomiędzy nimi. Jego odnalezienie wymaga dużej czujności i roztropności. W tych poszu­kiwaniach należy się trzymać starej, chrze­ścijańskiej zasady: Po owocach ich poznacie. Badajmy zatem owoce naszych działań, one będą dla nas wskazówką.

Dariusz Zalewski