Coaching – zagrożenie duchowe

Gdyby pokusić się o najprostszą definicję coacha, byłby nim ktoś, kto nie doradzi, jak realizować swoje cele, ale zmotywuje do samodzielnego znalezienia odpowiedzi na dręczące pytania.

Istota coachingu

Istotą coachingu jest tzw. niedyrektywność, czyli nienarzucanie osobie mu poddawanej (tzw. coachee) żadnych rozwiązań. To ona sama dzięki umiejętnemu podprowadzeniu ma znaleźć rozwiązanie swojego problemu. Stwarza to jednak problem już na poziomie założeń. Jeśli coachee ma już cały zasób wiedzy i umiejętności, by wprowadzić pozytywne zmiany w swoim życiu, dlaczego ma tracić czas i pieniądze na długotrwałe rozmowy z kimś, kto go nie zna, lecz będzie sondował go za pomocą pytań, tak by w końcu tę wiedzę wydobyć i uporządkować? Wystarczyłoby otrzymać wydruk odpowiedniego zestawu pobudzających myślenie pytań i samemu zobaczyć, które z nich są najbardziej przydatne, by uporządkować
posiadaną wiedzę i stworzyć plan jej wykorzystania.

W coachingu chodzi zatem o coś innego – o interakcję z człowiekiem, coachem, który uważnie słucha klienta i wspiera, dając podnoszące na duchu komunikaty, np.: Dasz radę, wiem to. W tym momencie coaching jawi się raczej jako bezpieczny, powierzchowny rodzaj terapii podnoszącej poczucie własnej wartości. Jednak nie o samo słuchanie i podnoszenie na duchu chodzi.

Inaczej niż terapeuta, inaczej niż przyjaciel

Najpopularniejszy rodzaj coachingu to ak­tualnie tzw. life coaching. Jest on nastawiony na do­skonalenie relacji, poprawę jakości życia osobiste­go, rozwój osobisty. Cele life coachingu mogą obej­mować np. poprawę relacji w rodzinie, nawiązanie przyjaźni, znalezienie pracy. Inaczej niż terapeuta, coach nie diagnozuje żad­nych problemów, ani ich nie leczy. Inaczej niż przy­jaciel – coach pobiera pieniądze za słuchanie. Ile to jest warte?

Szacuje się, że aby osiągnąć zamierzony, realistyczny cel definiowany na pierwszej sesji coachingowej klient potrzebuje od 3 do 9 miesięcy cotygodniowych sesji. Coach staje się dla klienta „lustrem”, pomagającym roz­poznać nawykowe sposoby radzenia sobie z wyzwania­mi. Staje się też zachętą do porzucenia swojej „strefy komfortu” i wypróbowania nowych sposobów. Staje się wreszcie odpowiednikiem „sponsora” u Anonimowych Alkoholików – kogoś, kto słucha klienta, jego cotygo­dniowej „spowiedzi” relacjonującej sukcesy i porażki w realizacji wyznaczonego celu, a więc kimś, kto ze­wnętrznie motywuje do dotrzymania złożonych obiet­nic. Coach jest kimś, kto pomaga klientowi, by ten sta­nął w prawdzie o sobie. Cotygodniowe spotkania oraz umiejętnie zadawane pytania pomagają klientowi wziąć odpowiedzialność za podejmowane lub niepodej­mowane w międzyczasie decyzje.

W tym zakresie life coaching może być przydatny. Od kilkudziesięciu lat promowany jest „partnerski” styl ro­dzicielstwa. Rola rodzica nie polega już na wychowa­niu dziecka, a jego wspieraniu, obdarzaniu bezwarun­kową miłością, braku wymagań. Klasyczne metody wy­chowawcze dostały etykietkę tresury. Dzieci, od których nie wymaga się dyscypliny, nie kształtuje się cnót wytrwałości i systematyczności, wchodzą w dorosłość, nie umiejąc od siebie wymagać. Do jakiego stopnia? Niektórzy pracodawcy, którzy zatrudniają ludzi na zlecenie, mówią o pojawiającym się problemie u młodych osób, które nie przychodzą do pracy np. dlatego, że nie chciało im się rano wstać z łóżka.

Osobom, którym brakuje samodyscypliny, wytrwałości, wyznaczania sobie celów, odpowiedzialności itp., coach będzie bardzo pomocny jako zewnętrzne źródło motywacji do osiągnięcia wyznaczonego celu. Tym bardziej motywującego, że aby go osiągnąć, trzeba dodatkowo zapłacić za kilkadziesiąt sesji.

NLP i pseudopsychologia sukcesu

Pojawia się przy tym szereg problemów. Jak roz­poznać naprawdę pomocnego coacha? Przecież nie jest to zawód regulowany. Wystarczy wziąć udział np. w kilkumiesięcznym kursie korespondencyj­nym, by otrzymać certyfikat coacha. Drugi problem – o wiele poważniejszy – to pytanie o metody stoso­wane przez coacha.

Jestem przekonany, że jeszcze zanim przyjdziesz na kolejną sesję, sam poczujesz i zobaczysz, jak zmie­nia się Twoje życie – zachęca pewien coach do sko­rzystania z jego usług. Jeśli ktoś miał do czynienia z programowaniem neurolingwistycznym (NLP), z pewnością rozpoznaje konstrukcję tego zdania. Autor wychodzi z założenia, że ludzie reagują po­zytywnie na argumenty adresowane do ich domi­nującego kanału percepcji rzeczywistości – a więc „wzrokowcy” zareagują pozytywnie na obietnicę zobaczysz, z kolei „kinestetycy” na odwołującą się do zmysłu dotyku sugestię poczujesz. W zdaniu tym zawarty jest też komunikat z ukrytym założeniem, które musimy przyjąć za pewnik, aby całość miała sens. Tu pewnikiem jest założenie, że przyjdziemy na kolejną sesję. Założenie to jest też próbą przekonania nas, że zauważamy pewne rzeczy, których tak naprawdę nie dostrzegamy, np.: Wiem, że już teraz dostrzegasz korzyści, jakie przyniesie ci bycie bardziej pewnym siebie i zorganizowanym dzięki coachingowi.

Poważne zastrzeżenia w kwestii NLP zgłasza To­masz Witkowski w artykule „Teoria i praktyka NLP w oczach psychologa społecznego” (tekst dostępny on-line). Niestety, wykorzystywanie NLP w life coachingu jest nagminne. Setki warsztatów łączą na­wet w nazwie life coaching i NLP. W innych warszta­tach wykładowcy chwalą się swoimi certyfikatami w tym obszarze, inne z kolei w programie zajęć sy­gnalizują korzystanie z „osiągnięć” NLP.

Równie niepokojące jest przesiąknięcie metod coachingowych iluzją pseudopsychologii sukcesu. Chodzi tu o przekonanie, że nie istnieją obiektywne ograniczenia uniemożliwiające osiągnięcie sukcesu przez człowieka, a jedynym ograniczeniem są jego założenia, iż nie jest w stanie go osiągnąć. Według tego magicznego w swej istocie podejścia, zmieniając swój sposób myślenia o świecie, zmieniamy rzeczywistość.

Współczesna spowiedź?

Poważna wątpliwość dotycząca coachingu, wskazuje, że wydaje się on po części wchodzić w kompetencje i spełniać zeświecczoną rolę kierownictwa duchownego oraz spowiedzi. Nie bez przyczyny użyłam wcześniej analogii do cotygodniowych spowiedzi. W gruncie rzeczy sesje coachingowe spełniają psychologicznie podobną funkcję jak spowiedź – chodzi o stanięcie w prawdzie o sobie. Co prawda przy coachingu rozliczamy się z odpowiedzialności, wytrwałości, pracowitości, unikania pułapek samousprawiedliwień, dlaczego czegoś nie zrobiliśmy, a więc dotyczących świeckich celów, jednak często life coaching zahacza o system wartości, oceny moralne itp. A zatem wchodzi w obszar definiowany w chrześcijaństwie w kategoriach wad i zalet, grzechów oraz dobrych uczynków.

Owszem, częścią celów sesji coachingu jest po­prawienie poczucia własnej wartości u coachee, natomiast w spowiedzi zawsze chodzi o stanię­cie w prawdzie o swojej grzeszności (co raczej nie podnosi poczucia własnej wartości). Doświadczeni coachowie wiedzą jednak, że podstawą odniesienia przez klienta sukcesu jest stanięcie w prawdzie o sobie, zobaczenie swoich słabości i walka z nimi. A zatem dobrze prowadzona sesja coachingowa to dobrze zrobiony rachunek sumienia, postanowienie poprawy, a także stworzenie planu, jak walczyć ze słabością, która najbardziej prowadzi ku klęsce (czyli wadą główną).

Stąd pytanie, czy regularna spowiedź, kierownictwo duchowne oraz czytanie mądrych książek, pomagających w rozwijaniu cnót, kształtowaniu dobrych nawyków oraz pracy nad sobą, nie załatwiają na poziomie czysto psychologicznym tego samego, co coaching?

Oczywiście, w spowiedzi nie chodzi o to, by łatwiej osiągać ziemskie cele. Warto jednak zwrócić uwagę, że czysto praktycznym skutkiem ubocznym częstej spowiedzi jest zdolność do stawania w prawdzie o sobie – bez usprawiedliwień, wymigiwania się od odpowiedzialności itp. A to przydaje się też przy wyzwaniach codziennego życia. Tym bardziej, że – jak przypomina św. Ignacy Loyola w „Ćwiczeniach duchownych” – dopiero właściwa hierarchia wartości zapewnia podejmowanie właściwych decyzji, a dążenie do najważniejszego celu życia pomaga we właściwym jego uporządkowaniu: W każdym dobrym wyborze – o ile to możliwe z naszej strony – nasza intencja powinna być czysta. Na uwadze mieć powinniśmy tylko cel, dla którego jesteśmy stworzeni, to znaczy chwałę Boga, naszego Pana, i zbawienie własnej duszy. Tak więc cokolwiek wybiorę, musi mi to pomagać do [osiągnięcia] celu, dla którego zostałem stworzony, nie podporządkowując celu środkom, lecz środki celowi.

Jeden z popularniejszych obecnie nurtów w psy­chologii stanowi psychologia pozytywna. Kierunek ten nie jest jednak nastawiony na pomoc w proble­mach, ale na rozwój osobisty i realizacją pełni poten­cjału człowieka. Zwolennicy tego nurtu nie zajmują się więc zaburzeniami, ale stawiają na profilaktykę i dobrostan jednostki.

Od pozytywnej psychologii do pozytywnego myślenia

Psychologowie pozytywni odwołują się do Platona i Arystotelesa. Korzystają też z koncepcji S. Freuda, C.G. Junga oraz psychologów humanistycznych. Psy­chologia pozytywna uzurpuje sobie prawo do wskazy­wania ludziom właściwej drogi życia i daje prostą re­ceptę na szczęście. Według niej przyjemność płynąca z pozytywnych doznań zmysłowych i estetycznych to jeden z ważniejszych aspektów, choć nie jedyny. Psychologowie ci dostrzegają też potrzebę zaangażowa­nego życia, pracy nad budowaniem relacji, a także rozwoju osobistego, wymagającego rozwijania cnót. Nie chodzi tu jednak o cnoty w rozumieniu filozo­fów antyku ani o walkę duchową, jaką zaleca chrze­ścijaństwo. Nie chodzi też o zwalczanie wad i złych przyzwyczajeń ani o dążenie do dobra i prawdy, któ­re mają prowadzić do prawdziwego szczęścia, tak jak rozumiał je Arystoteles. Do rangi cnót psychologia pozytywna wynosi m.in. optymizm, poczucie humo­ru, zdolności przywódcze. Rozwój w tych obszarach ma zapewnić pełne zadowolenie i szczęście.

Psychologia pozytywna bazuje na znanym od dawna tzw. pozytywnym myśleniu. Jest ono czymś więcej niż tylko optymistycznym nastawieniem do świata. To przede wszystkim przekonanie, że nasze myśli mogą kształtować rzeczywistość i mają real­ny wpływ na to, co nam się przydarza. Według tej koncepcji za pomocą pozytywnego nastawienia i od­powiednich afirmacji można zmieniać samego sie­bie, ale też otaczający świat. Oczywiście, kiedy ktoś myśli negatywnie, blokuje rozwój swojego potencja­łu oraz niejako przyciąga złe wydarzenia. Pozytyw­ne myślenie prowadzi do sukcesu, negatywne – ten sukces oddala.

O takie przekonania dalekie są chrześcijańskie­mu światopoglądowi, a bliskie… magii. Ojciec ideolo­gii pozytywnego myślenia Napoleon Hill niejedno­krotnie odwoływał się do spirytyzmu, korzystał też z pomocy duchów przewodników. Był przekonany o wpływie świata duchów na losy ludzi, a pozytywne myślenie uznał za drogę do otwarcia się na nich oraz umożliwienie im działania. Hill wierzył, że jego misją jest przekazanie ludzkości recepty na sukces. Uważał, że jeśli mocno się w coś wierzy, to z pew­nością to się wydarzy, a to, co ogranicza człowieka, jest wyłącznie brak wiary we własne możliwości.

Założenia coachingu

Psychologia pozytywna w praktyce to coaching. Treningi rozwojowe mają w założeniu pomagać w zwiększaniu motywacji i przyczyniać się do osią­gnięcia wyznaczonych celów. Tym samym mają zwiększać stopień zadowolenia z życia. Głównymi obszarami pracy coachów są: biznes, finanse, rela­cje międzyludzkie, zdrowie. Coaching ma także po­magać przekraczać bariery, rozszerzać strefę komfortu, pomagać w poznaniu siebie, podnosić poczu­cie własnej wartości.

Duża część metod stosowanych w coachingu zo­stała jednak zapożyczona z obcej chrześcijaństwu duchowości i może stanowić zagrożenie duchowe. Coaching bazuje na starożytnej filozofii hawajskiej – hunie. Jej podstawowe założenia są niemal identycz­ne z tymi, jakie deklaruje (i przyjmuje) wielu zna­nych coachów. Wyglądają one następująco:

  1. Myśli wpływają na nasze doświadczenia i na to, co nas w życiu spotyka.
  2. Ograniczenia istnieją tylko w umyśle, a zatem człowiek może osiągnąć co tylko zechce.
  3. Jeśli poświęcimy całą swoją uwagę jednej idei, sta­nie się ona rzeczywistością.
  4. Koncentrujemy się na tym, co tu i teraz, żyjemy chwilą.
  5. Człowiek jest jednością z wszechświatem.
  6. Siły nie trzeba szukać na zewnątrz, ona jest w nas samych.
  7. Ważne jest, aby wybrać dobry środek do realizacji danego celu.

Nowocześni szamani

Choć założenia są podobne, każdy coach wypracowuje własną metodą. Stąd na rynku obecnych jest tak dużo różnych technik, że nie sposób je wszystkie opisać.

Coaching to nie tylko motywacyjne mowy coachów, popularnych w mediach społecznościowych. Duża część coachingu to meto­dy nawiązujące do tradycji okultystycznych. Wielu znanych coachów szczyci sią tym, że są uważani za nowoczesnych szamanów. Jonette Crowley, twórczyni popularnej metody SBF (Soul Body Fusion), mówi o sobie wprost, że jest współczesną mistyczką, miejską szamanką, doskonałym medium. Deklaruje, że ma dwóch duchów przewodników – Marka oraz Białego Orla. Swoje warsztaty prowadzi metodą chanellingu, a więc wchodzi w trans i kontaktuje sią z bytami duchowymi. SBF polega na powrocie do natury, otwar­ciu sią na „wyższą jaźń”, dzięki czemu ma powstać lepsza wersja siebie. Metoda wy­daje sią bardzo prosta. Wystarczy wygod­nie usiąść, dłonie zwrócić ku górze i wyra­zić swoje pragnienie czy intencją. Następnie trzeba przez 10 minut trwać bez jakiejkolwiek aktywności fizycznej i intelektualnej, nie my­śleć o niczym, tylko obserwować sygnały płynące z ciała. Dzięki temu ma dochodzić ma do fuzji duszy i ciała.

Bardzo popularna w Polsce Ewa Foley jest uczenni­cą Crowley, ale wypracowała własną metodą. Od lat prowadzi warsztaty dla kobiet, oferując im drogą do prawdziwego szczęścia i spełnienia. Jest specjalist­ką w zakresie hipnozy, znawczynią huny i szamani­zmu, propagatorką pozytywnego myślenia, a także nauczycielką jogi. Foley uczy kobiety, jak sią realizo­wać w życiu. Pokazuje przy tym, że są niedoceniane i że zasługują na coś więcej. Przekonuje, iż powinny być niezależne i samodzielne.

Do hawajskiej huny nawiązuje także metoda zwa­na terapią wyższego „ja”. Proponuje sią tu zestrojenie niższego „ja” z wyższym w celu odkrycia prawdziwe­go celu i sensu życia. Wyższe „ja” jest tożsame z Bo­giem, spełnia prośby, daje inspiracje dotyczące roz­woju, wskazuje drogę, a przy tym zawsze podsuwa najlepsze rozwiązania. Zachęca też do rozwoju zawo­dowego, gromadzenia środków materialnych, pod­powiada, które inwestycje są korzystniejsze. Ponad­to pokazuje, jak rozwiązywać konkretne problemy oraz chroni przed skutkami błędnych decyzji. Kon­takt z wyższym „ja” napełnia człowieka poczuciem miłości i spełnienia. Zakłada sią tu, że każdego spo­tyka tylko to, czego oczekuje. Jeśli ktoś spodziewa sią dobrych rzeczy, one mu sią niewątpliwie przydarzają. Najważniejsze, aby pozostawać w kontakcie ze swo­im wyższym „ja” i do niego sią bezpośrednio zwracać w każdej potrzebie. Istotne jest także to, aby nieustannie oczyszczać umysł ze wszystkich
negatywnych myśli, poczucia winy, kompleksów.

Kolejna metoda terapeutyczna coachingu, nawiązująca do wyższego
„ja”, ma skrót SRT (Spititual Response Therapy). Skrótowo mówiąc, polega na usuwaniu blokad, oczyszczaniu negatywnych wspomnień i nieuświadomionych ograniczeń. Jej zwolennicy oferują polepszenie sytuacji materialnej, likwidacją połączeń z innymi wymiarami, odczynianie klątw i uroków, unieważnianie przysiąg, ślubów i kontraktów, odblokowanie pozytywnej energii, przeprogramowanie archetypów negatywnych na pozytywne, a nawet uzdrawianie zwierząt. Ponadto zwolennicy i propagatorzy tej metody nie kryją się z tym, że stosują magią. Czynią nawet z tego atut i znajdują wielu chętnych, którzy gotowi są zapłacić dużo pieniędzy, aby tylko polepszyć swoje życie.

Jedną z popularnych technik w coachingu jest także pisanie zamówień do Siły Wyższej. Dzięki niej ludzie uczą się, jak wejść w dobry związek, znaleźć satysfakcjonująca pracę, spełniać wszystkie swoje pragnienia. Me­toda polega na spisywaniu wszystkich swoich marzeń i pragnień w formie listu do Siły Wyższej, co ma podpo­rządkować życie bliżej nieokreślonej rzeczywistości du­chowej i jako żywo przypomina cyrograf. Zakłada to od­danie się Sile Wyższej, bezgraniczne jej zaufanie oraz otwarcie się na spodziewane dobrodziejstwa.

Obecność tych metod coachingowych w zdomino­wanym przez racjonalizm i naukę świecie może wy­dawać się niezrozumiała. A jednak są to metody po­pularne – często wśród ludzi wykształconych, któ­rzy świadomie odrzucają chrześcijaństwo, nato­miast wiarę w Boga traktują jak zabobon.

A oto świadectwo Roberta, byłego adepta coachingu:

Jak się zaczęła Pana przygoda z coachingiem?

Chciałem założyć firmę i szu­kałem informacji, jak to zrobić. Trafiłem na bardzo dobrą książ­kę Roberta Kiyosakiego. Jeśli cho­dzi o kwestie biznesowe, mogę go z czystym sumieniem polecić. Jest to człowiek zorientowany w tym, co robi. On prowadzi forum na te­mat przedsiębiorczości. Tam trafi­łem na pewnego człowieka z Czę­stochowy. On dał mi swój numer telefonu, a ja do niego zadzwoni­łem. Zaproponował mi marketing sieciowy.

Co to jest?

To jest system, w którym firma nie sprzedaje tradycyjnie w skle­pach, tylko tworzy sieć przedsta­wicieli. Na listę wpisuje się jakąś osobę i ona zarobi pieniądze, je­śli wpisze kolejnych 10 osób. Te 10 osób musi zrobić jakieś zakupy w tej firmie i każdy dostaje jakiś udział w zyskach. Tam poznałem dużo osób zwią­zanych z marketingiem siecio­wym. Ciekawa rzecz, że wśród ludzi od marketingu sieciowe­go dominowało podejście hedo­nistyczne. Wychodzono z założe­nia, że jeśli się myśli o czymś ne­gatywnie, ściągnie się na siebie negatywne rzeczy. Jeśli myślisz negatywnie, wszechświat da ci negatywne rzeczy, a jeśli myślisz pozytywnie, wszechświat da ci pozytywne rzeczy. W tej per­spektywie człowiek musiał się komunikować tylko i wyłącznie w sposób pozytywny. Jeśli wyra­ził się negatywnie albo się zde­nerwował, nie rozwiązywano tego problemu. Stwierdzano je­dynie: Nie mów tak, masz się wy­rażać tylko pozytywnie. To pro­wadziło do tego, że gdy był jakiś problem, nie można było o nim mówić, bo problem jako taki jest negatywny. W konsekwen­cji prowadziło to do ignorowa­nia problemów. Na przykład jeśli ktoś miał problem z długami, nie mógł o tym mówić czy myśleć. Trzeba było ignorować problem i należało myśleć, że ma się dużo pieniędzy.

Czyli zaklinanie rzeczywistości?

Tak. Na przykład jeśli było zim­no, trzeba było myśleć, że jest go­rąco. Należało nawet zdjąć kurt­kę, wierząc, że jest gorąco. To jest może śmieszny przykład, ale ob­razowy. Ludzie z marketingu sieciowe­go zaczęli opowiadać o coachin- gu. Pierwsze zapoznanie z tym te­matem to film nakręcony przez Rhondę Byrne. Po pewnym cza­sie poznałem swojego coacha. Nie pamiętam, w jakiej sytuacji mia­ło to miejsce. Chyba wysłał mi ja­kiś link. W tamtym okresie spoty­kaliśmy się na 3-dniowych zjaz­dach, na których medytowaliśmy, wprowadzaliśmy się w stany hip­nozy, wyobrażaliśmy sobie różne rzeczy. Na przykład ktoś, kto miał problemy ze zdrowiem, wyobra­żał sobie walkę swojego organi­zmu z chorobą. Organizm wygry­wał tę walkę, a ów człowiek miał być zdrowy. Jeśli ktoś chciał być bogaty, wyobrażał sobie, jak spły­wają do niego pieniądze. Jeśli ktoś chciał mieć rodzinę, wyobrażał sobie szczęśliwe dzieci. Tak było praktycznie z każdą sytuacją ży­ciową. Spotykaliśmy się na 3 dni. Spo­tkanie zaczynało się rano i trwa­ło parę godzin. Były to wspólne ćwiczenia. Potem był obiad, a na­stępnie znowu kilkugodzinne ćwiczenia. Wieczory były luźniej­sze, były rozmowy, żarty.

Kim był Pana coach?

To był człowiek po pięćdziesiąt­ce, teraz ma ok. sześćdziesięciu lat. Sporo przeszedł w życiu. Był nauczycielem, dyrektorem szkoły specjalnej, a potem trafił do mar­ketingu sieciowego i coachingu. Z tego marketingu sieciowego otrzymałem zaproszenie na luźne spotkanie na jednaj z uczelni. To kosztowało chyba 50 zł. Tam spo­tkałem mojego coacha. On na po­czątku wprowadzał mnie w te­mat. Nawiązałem z nim kontakt. Zacząłem chodzić do niego na sesje coachingowe. Trwały one maksymalnie 3 godziny. Sesja z kilkoma osobami kosztowała kilkadziesiąt złotych, a sesja pry­watna to wydatek 100 zł za godzi­nę. Sesje odbywały się raz w ty­godniu. Byłem na 4 czy 5 takich sesjach. Szedłem w jednym tygo­dniu, potem na kolejną za 2 czy 3 tygodnie. Coach dawał ćwiczenia, któ­re można było praktykować w domu. Należało np. ustawiać siebie w umyśle na osi czasu, wy­obrażać sobie przyszłość. Trzeba też było przenieść swój umysł do przyszłości, którą chciało się za­aranżować. Były również wahadełka, a tak­że ćwiczenia związane z pod­świadomością. Polegały one na tym, że programowało się umysł, iż człowiek jest biedny. W tej sy­tuacji umysł należało przeprogra­mować na to, że człowiek jest bo­gaty. Jeśli ktoś był sam, miał wy­obrażać sobie, że jest w związku. Jeśli ktoś był uczniem, miał być dobrym uczniem. To było total­ne grzebanie w psychice. Wystę­powało też wiele elementów bud­dyzmu.

Jakie na przykład?

Posążki Buddy, wahadełka. Na­leżało też napić się szklanki wody i w tym czasie pocierać sobie ner­ki. A wówczas coach zadawał ja­kieś pytania. Poza tym człowiek pochylał się do przodu i do tyłu. Takie przechylanie też coś ozna­czało. Wierzono też w reinkarnację. Trzeba było sobie wyobrażać, kim człowiek był w przeszłości. Jeśli osoba cofnęła się do poprzednie­go wcielenia, mogła zacząć praco­wać nad obecnym wcieleniem.

Czy stwierdził Pan, kim był w poprzednim wcieleniu?

Ja nie miałem takich ćwiczeń. Ale miała je dziewczyna, którą tam spotkałem. By to stwierdzić, nie wprowadzano człowieka w hipnozę, ale zadawano mnó­stwo pytań, które miały pomóc mu określić, kim był w poprzed­nim wcieleniu.

Czy był Pan wprowadzany w hipnozę?

Nie, ale wprowadzałem się w autohipnozę. Polegało to na tym, że zamykałem oczy i pod­świadomie „pracowałem” umy­słem, coś sobie wyobrażałem. Podświadomość była otumanio­na. Traciłem kontrolę nad swo­im organizmem, ale cały czas by­łem świadomy. To jest odwrotnie niż w sytuacji, w której człowiek śpi. Choć jest rozluźniony, świa­domość została wyłączona. Tu natomiast im bardziej ciało było rozluźnione, tym lepszy miał być efekt medytacji związany z rodzi­ną, bogactwem itd.

Czego Pan oczekiwał po coachingu?

Po sesjach coachingu została we mnie rozbudzona żądza posia­dania. Chciałem np. być bogaty, mieć samochód, nieruchomości.

Czy coaching miał Panu pomóc w zdobyciu tych dóbr?

Tak. Mój umysł został tak „określony”, że niby miałem mało pieniędzy. Miałem robić wszyst­ko, aby mieć ich dużo. Dopiero gdy porzuciłem coaching i się na­wróciłem, zaczęła mi „wychodzić” przedsiębiorczość. Dopiero wte­dy zacząłem zarabiać pieniądze. To jest dowód na to, że coaching tak naprawdę nie działa, tylko człowiek ma się zwrócić ku Bogu, a On uczyni tak, jak będzie chciał, i da człowiekowi to, co zechce.

Wspomniał Pan o posążkach Buddy i wahadełku. Czy to nie budziło w Panu podejrzliwości?

Na początku wydawało mi się to śmieszne. Jednak w pewnym momencie szkolenia trzeba było napisać na kartce swoje odczucia na ten temat. Coach odnosił się potem do tego. Stosował wahadeł­ko. Kiedy zobaczyłem reakcję wa­hadełka na kartkę, zacząłem tę kwestię traktować poważnie.

Czy wahadełko było dla Pana wyznacznikiem prawdy?

Tak. Ono wiedziało coś o mnie i o moim charakterze.

Wspomniał Pan, że mimo szkoleń z coachingu nie miał Pan więcej dóbr materialnych. Czy coaching jest nieskuteczny?

Tak. Dwa lata siedziałem w tym temacie i nic się nie działo. Coś się zaczęło dziać dopiero po moim nawróceniu.

A jak do niego doszło?

Nastąpiło to pod koniec grud­nia 2012 r. Włączyłem sobie film – parodię słynnego filmu „Egzor­cysta” z lat 1973 r. Moja cieka­wość została rozbudzona. Trafi­łem wtedy na nagrania egzorcy- zmów Anneliese Michel. Do dziś te nagrania są na YouTube. Zaczą­łem ich słuchać. One mnie przera­ziły. Wziąłem do ręki różaniec. Od tego momentu zaczęły dziać się różne rzeczy. Poszedłem do kościoła. Okazało się, że byłem zniewolony przez złego ducha. To spowodowało, że zacząłem moc­niej wierzyć. Zacząłem też cho­dzić do kościoła i się spowiadać.

Co się wtedy konkretnie działo?

Nie mogłem spać w nocy ani zgasić światła. Jak tylko je zgasi­łem, miałem wizję demonicznego człowieka, który się nade mną po­chylał. Widziałem też bestię stoją­cą w korytarzu, psa w rogu poko­ju, który się tylko czaił, aby mnie ugryźć. Mogłem nie spać cały dzień i całą noc, a jak kolejnej nocy szedłem spać, mogłem przespać maksymalnie 3 godziny. Na ogół wszystko kończyło się ok. 6 rano. Dopiero wtedy mogłem zasnąć.

Jak długo trwał proces nawrócenia? Kiedy Pan stwierdził, że coaching jest zagrożeniem?

W tamtym okresie zacząłem kupować książki z demonolo­gii napisane przez księży egzor­cystów, np. Gabriele’a Amortha. W lutym 2013 r. byłem na spotka­niu w duszpasterstwie akademic­kim. Wtedy dowiedziałem się o pi­śmie „Egzorcysta”. Kupiłem wów­czas ten miesięcznik i parę ksią­żek. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że to jest złe. Zrezygnowałem z coachingu oraz działalności w marketingu sieciowym.

Czy objawy, o których Pan wspominał, samoczynnie ustąpiły?

Nie. Po moim nawróceniu za­cząłem wrzucać do Internetu róż­ne materiały związane z chrześci­jaństwem. Kolega zaproponował mi wówczas Mszę Świętą u Ojca Daniela w Częstochowie. Pole­cił, żeby później pójść do spowie­dzi, odmówić Litanię do Serca Je­zusowego. Pojechaliśmy. W cza­sie Mszy upadłem. Czułem mro­wienie w głowie, jakby mi włosy z niej wychodziły. Po Mszy wróci­łem do domu. Wtedy się zoriento­wałem, że wszystko się skończy­ło. Mogłem już normalnie spać, przestałem widzieć te zjawy, któ­re wcześniej mnie nękały. Wszyst­ko ustąpiło, jak ręką odjął.

Czy później nie było nawrotów?

Nie. Owszem, czasem były ja­kieś pokusy, ale nic poza nimi się nie zdarzało.

Jeśli chodzi o finanse, czy potem wszystko zaczęło się układać?

Tak. Znalazłem nową pracę, bo w dotychczasowej miałem spore problemy. Otworzyłem własny in­teres, który rozwijam do tej pory. Nie jest może rewelacyjnie, ale nie jest też źle.

Paweł Sokołowski, Anna Wasiukiewicz, Bogna Białecka

Czy Halloween to tylko niewinna zabawa?

 

Przez ostatnie lata znacząco w Polsce wzrosła moda na Halloween…

Ta moda przyszła do nas z Zachodu. Ale koniecz­nie trzeba zwrócić uwagę, skąd się wzięło samo Halloween. Jest ono pogańskim świętem Celtów, którzy 31 października żegnali lato, a witali zimę. To było za­kończenie jednego roku i rozpoczęcie drugiego. Pod­czas tego święta celtyccy kapłani, czyli druidzi, w spo­sób szczególny oddawali cześć bogu śmierci, który na­zywa się Samhain. Wierzono, że 31 października wywoływał on duchy osób zmarłych, które za życia były złymi osobami. Te złe duchy nękały ludzi i dokuczały im. Aby tego uniknąć, składano im ofiary, w tym tak­że z ludzi. Natomiast sami druidzi wyruszali w tym dniu od zamku do zamku, domagając się dla siebie je­dzenia. Jeżeli nie dostawali, to przeklinali dane miej­sce. Czasami domagali się składania ofiar szatanowi z młodych dziewcząt, które palono na stosie.

To, że dziś ludzie przebierają się za zombie, może być wynikiem faktu, że w okresie celtyckim przebie­rano się w czarne stroje, aby upodobnić się do złego ducha. Chciano go w ten sposób oszukać, żeby nie ro­bił ludziom krzywdy.

We współczesnym świecie ludzi często nie tyle interesuje moc Chrystusa, który wyzwala człowieka od Złego, ile działanie samego Złego. Pytają, jak to się dzieje, że demon wchodzi w człowieka, co mówi, jak reaguje osoba opętana. Młodzi są bardziej za­fascynowani szatanem i jego działaniem niż Jezusem. Młodych ludzi często bardziej niż Jezus in­teresuje ich diabeł, często pada odpowiedź, że jest to ciekawsze. Młodzi są bardziej zafascynowani tym, co jest złe, tajemnicą zła niż tajemnicą Jezusa Chrystusa, Pana, który uwalnia.

Świętość nie pociąga, wydaje się nieatrakcyjna...

Świętość nie ma też, można powiedzieć, dobrej reklamy. Gdy patrzymy na świętych Kościoła, to wielu z nich było męczennikami, wielu żyło w ubó­stwie, musiało się dużo wyrzec, by potem odkryć ta­jemnicę Boga w swoim życiu. To nie jest popularne. Teraz świat koncentruje się na konsumpcji, a nie na świętości. Wielu młodych łatwiej znaleźć w pubie czy galerii niż w kościele.

Oczywiście nie jest rolą Kościoła, zęby reklamować się w ludzki sposób. Ma głosić Ewangelię i nią żyć. Praw­dą jest też, że Pan Bóg nie zrezygnuje z żadnego człowie­ka i będzie walczył o niego do samego końca. Często bę­dzie wykorzystywał jakieś trudne sytuacje życiowe. Je­śli u boku osoby, która doświadcza kryzysu życiowego, pojawi się ktoś, kto żyje Ewangelią, jest ogromna szansa, że tej osobie ukaże piękno Jezusa i Ewangelii.

W szkołach – i nie tylko – moda na Halloween jest dość popularna. Warto zadać sobie pytanie: czy wydrążona dynia ze świeczką w środku jest już zagrożeniem?

Święty Paweł radzi, żeby unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła. Jakakolwiek praktyka stosowana w Halloween, nawet ta „niewinna” jest taką tylko pozornie. Z literatury wiemy, że dynia ze świeczką w środku może być symbolem duchów błąkających się w po­staci ogników. Poza tym wszystkie czary i magia są tylko pozorną zabawą. To wkraczanie do świata du­chów, a szatan traktuje takie rzeczy całkiem poważ­nie. Nawet jeśli dla zabawy przebieramy się w zombie czy wystawiamy przed dom symbole Halloween, po­mimo tego, że uważamy to za zabawę, diabeł traktuje to poważnie. Przez taką szczelinę może wejść i doko­nać spustoszenia w sercu człowieka. Chrześcijanin nie może uczestniczyć w takiej zabawie, ponieważ dla niego Panem życia i śmierci jest Jezus Chrystus. Chrześcijanin nie może sprawować kultu śmierci. Nie powinien się też ze śmierci wyśmiewać.

Halloween propaguje satanizm, okultyzm, ale też osłabia chrześcijańskie spojrzenie na samą śmierć, jej powagę, ośmiesza kult świętych.

Tutaj mamy do czynienia z ewidentnym wyśmiewa­niem się ze śmierci. Te praktyki Halloween, które po­legają chociażby na czarach i wróżbach, nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem. Bóg zabrania w Księ­dze Wyjścia korzystania z jakichkolwiek guseł czy usług wróżek.

Halloween może być furtką otwierającą demonowi dostęp do serca. Jeżeli człowiek w porę się nie opamięta, może to doprowadzić nawet i do opętania.

Pewna osoba, która należała do sekty satanistycznej, zapytana co sądzi o nocy z 31 października na 1 listopada. Odpowiedziała mniej więcej tak: Wielu trak­tuje to jako niewinną zabawę. Dorośli wciągają w nią jeszcze dzieci. Jest to czas, w którym demony najbardziej działają, a sata­niści to wykorzystują. Na pewno nie jest to zabawa.

Po Halloween wzrasta ilość osób, które przychodzą z prośbą o pomoc.

Egzorcyści stwierdzają, że po Halloween więcej osób potrzebuje pomo­cy duchowej. Gdy ktoś otwiera się na działanie Złego, to on może to szybko wykorzystać w postaci nękania czy dręczenia. Szczególnie podatne na skutki Halloween są dzieci. Jest mnóstwo przypadków, dzieci, które przed świętem Halloween były grzeczne, spokojne, dobrze się uczyły i nie sprawiało żadnych problemów. Jakimś dziwnym trafem po „niewinnej zabawie” Halloweenowej dzieci te przestają się uczyć, mają koszmary senne, boją się ciemności, są jakieś nieswoje i przestraszone. Oczywiście rzadko kto wiąże te skutki z Halloween, a jednak trzeba mieć oczy otwarte, bo zły duch wcale nie śpi i czeka tylko na takie okazje.

Anton Szandor LaVey uważa Halloween za jedno z trzech podstawowych świąt satanistycznych, oprócz dnia urodzin i święta Walpurgii. Warto zadać sobie pytanie: czy jego słowa można traktować jako przestrogę przed Halloween?

Dla osób głęboko wierzących na pewno tak. Nato­miast dla obojętnych w kwestiach wiary albo poszu­kujących sensacji jest to zaproszenie do tego, żeby spróbować czegoś tajemnego. Niestety, osoby te nie wiedzą wówczas, że będą tego potem żałować

Trudno powiedzieć, dlaczego Halloween zyskało w Polsce taką popularność. Być może ma to związek z czasową bliskością katolickiej uroczystości Wszystkich Świętych. O słuszności tego przypuszczenia może świadczyć sam termin „Halloween”, który powstał ze skrótu dwu nazw – All Hallow Day, czyli Dzień Wszystkich Świętych, oraz Ali Hallow Evening (Wieczór Wszystkich Świętych).

Zadziwiające jest przejęcie zwyczajów absolutnie obcych polskiej kulturze i najczęściej wcale w niej nierozumianych. Kto bowiem z młodych ludzi, którzy zapalają świecę, aby wsadzić ją do wydrążonej dyni, wie, że nazywa się ona Jack-o’-lantern i związana jest z imieniem człowieka z irlandzkiej legendy? Kto wie, że ta legenda mówi o potępieńcu, ukaranym za paktowanie z diabłem? Gdy nawet człowiek zna źródła tej legendy, to czy naprawdę wierzy w sens powtarzania gestów potępionego Jacka?

„Zabawa” symbolami śmierci oraz paktowaniem z diabłem może prowadzić do niebezpiecznego zjawiska, zwanego w nauce o kulturze banalizowaniem symboli. Przyzwyczajenie się do pewnych symboli oraz zabawowe ich traktowanie niszczy świat kultury, która wypracowała szacunek, a także postawę milczenia i zadumy wobec tajemnicy śmierci człowieka, cmentarzy, grobów. Zniszczenie owej postawy, która w chrześcijańskiej kulturze nieodzownie łączona jest z cmentarną ciszą, budzić może nowe pokolenie barbarzyńców. W średniowiecznych kronikach spotkać można opisy plądrowania polskich miast przez pogańskich najeźdźców. Kronikarze odnotowywali też, że barbarzyńcy nawet zmarłym nie dali spokoju, plądrując ich groby. Pusty śmiech w wigilię Wszystkich Świętych, urządzane wówczas dyskoteki i tańce czy czerwone wino (symbol krwi) wypijane z pucharów w kształcie trupich czaszek są tego typu destrukcją kulturową.

 Sprzeciw Kościoła.

Katoliccy biskupi Francji uznali obchodzenie Halloween za odrodzenie pogańskich zwyczajów. Ko­ściół luterański w Szwecji stwierdził, że Halloween to gloryfikacja zła, przemocy i śmierci. Zmarły arcybiskup Mediolanu Carlo Maria Martini podkreślił, że Halloween jest obce kulturze i tradycji chrześcijańskiej. Zmarły 17 lat temu biskup radomski Jan Chrapek określił Halloween jako pogański obyczaj, bezmyślnie promowany przez media i niektóre szkoły, który zamazuje chrześcijański wymiar modlitewnego spotkania nad grobami bliskich. W wielu amerykańskich szkołach rodzice wymogli na dyrekcji i gronie nauczycielskim, by zaniechano organizowania tego typu zabaw w okresie, który jest przeznaczony na zadumę.

Inny sposób walki z modą na Halloween przyjęli wierzący Rosjanie. W 2014 r. przedstawiciele Chrześcijańskiego Centrum Praw Człowieka oraz wyznawcy prawosławnych ruchów młodzieżowych chodzili 30 października do ulicach Moskwy i rozdawali przechodniom dyniowy sok do picia. Przy okazji poczęstunku pytali o opinie na temat Halloween, a także podejmowali rozmowy na ten temat. Chcieli w ten
sposób wyśmiać importowany zza oceanu zwyczaj. Akcja miała na celu zademonstrowanie obcości kulturowej Halloween i wyrażenie sprzeciwu wobec narzucania rosyjskiemu społeczeństwu – przez dominującą popkulturę – tzw. zachodnich wartości.

Wydaje się, że w organizowaniu Halloween w polskich szkołach sprawdza się socjologiczna zasada, znana jako zachowanie „się”. Grupy podejmują działania, ale nie mają większego pojęcia, co czynią. Na pytanie: Dlaczego to robicie?, odpowiedzią jest jedynie: Bo to się teraz robi, to się teraz obchodzi, tak się teraz bawi. Owo „się” staje się jedynym uzasadnieniem dla podjętych działań. O dalszych skutkach nikt nie myśli. Bagatelizuje się fakt, że dzieci, przebierając się za czarowników, uczestniczą we wróżbach, „bawią się” w strachy. Dominującymi kolorami są czerń i pomarańcz, a najczęstszą symboliką czaszka, piszczele, a więc tzw. symbole cmentarne łączone często z satanizmem. Nawet bezmyślne oddawanie w ten sposób czci Szatanowi jest w jakimś stopniu jego triumfem. Propaguje się okultyzm, wiarę w siły i moce zła, daje się wiarę – choćby na poziomie zabawy – w potęgę ezoteryzmu i spirytyzmu. W październiku 2014 r. podczas spotkania z duchownymi, zebranymi w Rzymie w ramach Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów, papież Franciszek prosił wszystkich, by okazali więcej miłości wobec tych wszystkich, którzy cierpią na skutek działania Złego. Należy zachować rozsądny dystans wobec tego wszystkiego, co proponuje społeczna demagogia, w tym telewizja, kino. W pogoni za sensacją i łatwym poklaskiem często rozbudzają one w młodych ludziach zainteresowanie okultyzmem i satanizmem. Wstępem do tego jest zabawowo traktowane Halloween

 „Katechizm Kościoła Katolickiego” przypomina:

Należy odrzucić wszelkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, wy­woływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. Korzystanie z ho­roskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, po­sługiwanie się medium są przejawami chęci pa­nowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie tajemnych mocy. Praktyki te są sprzeczne z czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bo- jaźnią – które należą się jedynie Bogu (nr 2116),

W kolejnym numerze „Katechizm” rozszerza pouczenie o zagrożeniach duchowych w słowach:

Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do opanowania tajemnych sił, by posługi­wać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliź­nim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Prak­tyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy to­warzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu czło­wiekowi lub uciekania się do interwencji demonów, goni za sensacją i łatwym poklaskiem często rozbudzają one w młodych ludziach zainteresowanie okultyzmem i satanizmem. Wstępem do tego jest zabawowo traktowane Halloween.

Halloween nie jest świętem chrześcijańskim, lecz wywodzi się z tradycji pogańskiej, z celtyckich uroczystości ku czci boga śmierci Samhaina. Później tradycja ta została zawłaszczona przez satanistów, którzy noc z 31 października na 1 listopada połączyli z czarnymi mszami orgiami seksualnymi i obrzędami jednoczenia się z demonami. W niektórych sektach satanistycznych było to związane nawet ze składaniem ofiar z ludzi. Założyciel Kościoła Szatana, Anton Szandor LaVey w swej  Biblii Szatana pisał, że Halloween, obok Nocy Walpurgii, to jedno z dwóch najważniejszych świąt satanistycznych. W tym kontekście symptomatyczne jest, że w powieści „Harry Potter”- – Halloween, celebrowane jest jako Noc Duchów, jest jednym najważniejszych świąt w szkole Hogwart. Można więc powiedzieć, że obchodzenie Halloween w szkołach czy przedszkolach oswaja dzieci z klimatami demonicznymi, tym bardziej, że łączy się je w sposób synkretyczny ze Świętem Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym. Powoduje to zamieszanie w kwestii naszego stosunku do świata zmarłych. Zamiast wołania do Boga o zbawienie dusz mamy wywoływanie duchów, zamiast modlitwy – zaklęcia, zamiast religii – magię.

Z pozoru przecież to wszystko jest traktowane jako zabawa.

Nie do końca tak jest. Nawet zabawa nie gwarantuje bezpieczeństwa, bo zły duch nie zna się na żartach. Zwłaszcza gdy wchodzimy na jego teren, gdy „dotykamy” rzeczy zakazanych przez Boga, gdy przekraczamy pewne granice, które są często niewidzialne. Stąd należy raczej „dmuchać na zimne”. Wiele osób traktowało wywoływanie duchów jako zabawę, a kończyło się na zniewoleniach duchowych. ŚwiętyTomasz z Akwinu pisał, że magia zakłada wysyłanie zaproszenia do demonów poprzez różne znaki, gesty czy symbole. Szczególną kwintesencją takiej postawy są święta pogańskie czy celebracje satanistyczne koncentrujące się wokół rytów przywołujących świat duchów. I oto nagle okazuje się, że taki właśnie dzień staje się okazją do świętowania. Jednocześnie pojawiają się konkretne znaki otwierające nas na rzeczywistość duchową. Na przykład przebieranie się w różne kostiumy ma na celu zmylenie duchów, które mają zwyczaj nawiedzać ludzi ostatniego dnia października. Tymczasem choćby z praktyki egzorcystycznej wiadomo, że nękać ludzi mogą tylko złe duchy, które często imitują duchy zmarłych, co jest zresztą typowe dla spirytyzmu. Poważniejsze wy daje się jednak inne zagrożenie: Halloween wypiera Święto Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny w świadomości i w przeżywaniu – wielu dzieci. Ich stosunek do świata zmarłych przestaje być kształtowany przez dogmaty wiary, które ulegają zbanalizowaniu. Nie ma wtedy świętych obcowania, nie ma modlitwy za zmarłych, jest beztroska zabawa i igranie z ogniem. Dlaczego więc mielibyśmy obchodzić jako swoje święto pogańskie i satanistyczne?

Nasuwa się pytanie jak w takim razie traktować andrzejki, które niemal powszechnie w polskich szkołach rozumiane są jako okazja do powróżenia?

Zastanawiające jest to dlaczego wciąż nie traktujemy grzechu wróżbiarstwa poważnie. Święty Tomasz nazywał ten grzech „uzurpacją prerogatyw boskich”. Biblia zakazuje nam nawet „dotykać” tych rzeczy, zaś Katechizm Kościoła Katolickiego w artykule 2116 mówi bardzo wyraźnie:

Należy odrzucić wszelkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, wywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie tajemnych mocy. Praktyki te są sprzeczne z czcią i szacunkiem połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu. Inaczej mówiąc, chodzi o grzech bezbożności.

Warto porozmawiać z nauczycielami i rodzicami. Bardzo rzadko zdarza się, że któryś z nich uważa to za odwoływanie się do Szatana. Dla nich jest to tylko zwykła zabawa. Mogą też powiedzieć, że nikt nie został przecież opętany przez andrzejki.

Nie chodzi tylko o Szatana, ale o niebezpieczne przekraczanie granic. Czy możemy je wyraźnie wytyczyć? Czy mamy taką pewność? Czy posiadamy taką wiedzę? Nie chodzi przecież o emocjonalny strach, ale roztropną obawę o charakterze intelektualnym, mającą podstawy teologiczne i duszpasterskie.

Co roku 30 listopada obchodzimy liturgiczne wspomnienie św. Andrzeja. Powinniśmy więc tego dnia wspominać owego apostoła i męczennika, tymczasem urządzany, jakieś dziwne celebracje, nie maja ce nic wspólnego z chrześcijańscy, i opierające się na pogańskich zwyczajach wróżbiarstwa. Tu problemem nie jest to, że ktoś zostanie opętany przez andrzejki, ale to, ze od najmłodszych lat lekceważy się pewne zakazy i niszczy’ się pewne bariery. Podważony zostaje autorytet Biblii która bardzo wyraźnie sprzeciwia się jakimkolwiek tego typu praktykom.

W Dziejach Apostolskich mamy scenę, gdy św. Paweł egzorcyzmuje opętaną wróżbitkę, wskazując zarazem na konieczność radykalnego odrzucenia każdej formy wróżenia. Tymczasem my : oswajamy i banalizujemy grzech, którym Pismo Święte wypowiada się z największym oburzeniem. Poza tym celebracja andrzejek i podobnych pogańskich zwyczajów łączy się coraz częściej z narastającą otoczką kultu szczęścia i bogactwa, które się w tym czasie wróżbiarsko przepowiada, obiecując osiągnięcie powodzenia finansowego, sukcesów zawodowych czy szczęścia osobistego. Nie ma przecież andrzejkowych wróżb – a przynajmniej ja się z takimi nie zetknąłem – które zapowiadałyby katastrofy, wypadki, nieszczęścia. W ten sposób andrzejki, a więc wróżby, łączą się podświadomie z dobrymi życzeniami, wręcz z błogosławieństwem. Mamy więc do czynienia z odwróceniem znaczeń, gdyż Biblia mówi, że wróżbici niszczą ducha wiary i moralność narodu oraz ściągają nań przekleństwa. Czy mamy odwagę odrzucić Objawienie?

To ciekawy wątek: powiązanie szczęścia z pieniądzem, jakie stale pojawia się we wróżbach.

Generalnie jest tak, że praktyki okultystyczne zmieniają świadomość w kierunku akceptacji i przywiązania do grzechu, w tym także żądzy pieniądza. Dlaczego ludzie wybierają bogactwo wbrew wzniosłym ideom swych ojców czy moralnym wartościom? Także dlatego, że kuszą ich, często przebrani za psychologów i terapeutów, wróżbici i magowie.

Często obiecują złote góry jako najwyższe wartości: pieniądze i szczęście, bogactwo i zdrowie – zawsze w nierozerwalnym związku. W Dziejach Apostolskich, we wspomnianej już przeze mnie scenie, gdy św. Paweł wyrzuca złego ducha z opętanej wróżbitki, pojawia się wyjaśnienie, że celem działalności owej kobiety było przynoszenie zysku jej panom. Powiązanie między magią a pieniądzem pojawia się także w innych miejscach Dziejów Apostolskich, np. w epizodzie z Szymonem Magiem, który chciał kupić dary Ducha Świętego za pieniądze, czy podczas pobytu św. Pawła w Efezie. Chrześcijanie w tym mieście poznosili księgi magiczne, których wartość oszacowano na kolosalną sumę 50 tysięcy denarów w srebrze, a następnie publicznie je spalili. Często więc wybór między Ewangelią a magią sprowadza się do wyboru między Bogiem a mamoną.

Wielu chrześcijan unika jednak dzisiaj takiego stawiania sprawy na ostrzu noża. Nie chcą podejmować radykalnych decyzji i dokonywać ostatecznych wyborów. Zadajmy sobie pytanie skąd się bierze?

W niektórych przypadkach wynika to ze złej woli, która pozostaje obezwładniona przez grzechy. Jednak że większość ludzi nie ma dostatecznej wiedzy na temat zagrożeń duchowych. Ich dezorientację potęguje panujący wokół zamęt pojęciowy, do którego przyczynia się kultura masowa promująca postawy otwarcia na okultyzm. Jeśli mój ulubiony bohater filmowy i literacki gwałci Prawo Boże, to i ja mogę uczynić to samo – brzmi zakodowany komunikat. Badania socjologiczne wśród młodzieży wykazały, że większość z nich traktuje okultyzm pozytywnie i nie dostrzega w nim zagrożenia. Podobnie jest zresztą w większości produkcji filmowych, co z pewnością ma wpływ na młodych ludzi. Trzeba się temu przeciwstawić.

Biblia rzeczywiście surowo ocenia wróżbiarstwo.

Nawet bardzo surowo. Nazywa je „splugawieniem”, „nierządem”, „obrzydliwością”. Potwierdza to wyraźnie znany biblista ks. prof. Roman Pindel w swojej ważnej książce „Magia czy Ewangelia?”. To nie tylko grzech bałwochwalstwa, ale także duchowego oszustwa, którego ostatecznym celem jest utwierdzenie ludzi w grzechu i odwiedzenie ich od drogi zbawienia. Dlatego zasługuje ono na najwyższy stopień moralnego potępienia.

Ks. Andrzej Zwoliński, o. Aleksander Posacki SJ

 

Demon Południa

Jeżeli wszystkie inne demony podobne są do wschodzącego i zachodzącego słońca, gdyż obejmują tylko część duszy, to demon południa zwykł chwytać całą duszę i dusić umysł. (Ewagriusz z Pontu).

Demon ten atakował najczęściej w „południe życia ludzkiego”, czyli w okresie, gdy człowiek wchodził w wiek śred­ni. Potwierdza to współ­czesna wiedza, mówiąca, że momenty kryzysowe najczę­ściej dopadają czterdziestolatków.

W średniowieczu synonimem rachun­ku sumienia było słowo „saligia”. Po­wstało ono od pierwszych liter sied­miu grzechów głównych w języku ła­cińskim: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira, acedia. Przed spowie­dzią wierny w myślach przystawiał ko­lejne z owych grzechów do swojego ży­cia i rozeznawał, czy im ulegał. Na koń­cu zawsze dochodził do acedii, która na język polski tłumaczona jest jako lenistwo, co nie odpowiada dokładnie charakterowi tego zjawiska. Słowo to pochodzi od greckiego „akedia” i zostało wprowadzone do szerszego użytku przez pustelników w IV wieku.

Mówiono o nich wówczas, że peł­nią dla społeczności funkcję obron­ną w walce duchowej. Wychodzą bo­wiem na pustynię, aby z dala od ludz­kich siedzib wiązać w zmaganiach ze sobą złe duchy. Ojcowie Pustymi na­uczali, że za każdy rodzaj grzechu od­powiada konkretny demon. Na pod­stawie osobistego doświadczenia wie­loletniej walki duchowej jeden z nich, Ewagriusz z Pontu (345-399), doko­nał nawet klasyfikacji i wyróżnił osiem demonów, którym musiał stawiać czo­ła. Najbardziej uciążliwy to demon po­łudnia, który odpowiada za grzech ace­dii. Dla Ewagriusza nie jest to jednak zwykłe lenistwo, ale duchowa obojęt­ność, stan osłabienia duszy, zmęczenie, zniechęcenie, znużenie, melancholia.

 Atak Ósmego Demona

Ten demon atakował mnicha naj­częściej w południe. W najbardziej upalnej porze dnia, kiedy słońce na pu­stymi prażyło niemiłosiernie, pojawia­ły się pierwsze oznaki znużenia modli­twą i ascezą. Dzień zaczynał się wów­czas dłużyć. Człowieka ogarniała fi­zyczna ociężałość, ospałość, oschłość przygnębienie bez konkretnego powo­du, niewytłumaczalna gnuśność, nie­zdolność do koncentracji i działania. Był to jakiś stan duchowego paraliżu. Nawet modlitwa, która dawała radość, gubiła swój smak. Mnicha dopadał wtedy rozpaczliwy smutek, obezwład­niając jego rozum i wolę oraz zanurza­jąc go w świecie ułudy.

Jak pisał Ewagriusz, ten demon – w odróżnieniu od pozostałych – doty­kał nie jakiejś jednej cząstki, lecz całej duszy człowieka. Sprawiał, że człowiek tracił ochotę na cokolwiek, a z czasem rodziło się w nim obrzydzenie i niena­wiść do swej kondycji. Pojawiała się wówczas uporczywa myśl, że nale­ży natychmiast zmienić sposób swoje­go życia. Mnisi w stanie acedii porzu­cali swe duchowe powołanie, gdyż łu­dzili się, że w innym miejscu będzie im lepiej; mężczyźni żonaci porzucali nato­miast swe żony, gdyż to właśnie je ob­winiali o swoje cierpienia. Związywa­li się z obcymi kobietami i natychmiast odczuwali ulgę, ale tylko dlatego, że de­mon południa, widząc, iż osiągnął swój cel, celowo łagodził nacisk.

Kuszenie Czterdziestolatków

Nazwa złego ducha miała też do­datkowe wytłumaczenie: demon ten atakował najczęściej w „południe życia ludzkiego”, czyli w okresie, gdy człowiek wchodził w wiek śred­ni. Potwierdza to współczesna wie­dza, mówiąca, że momenty kryzysowe najczęściej dopadają czterdziesto­latków, którzy nagle potrafią zakwe­stionować całe swoje dotychczasowe życie. Obrazem acedii u Ewagriusza z Pon­tu jest widok mnicha bezmyślnie go­dzinami patrzącego w okno. Ten wzrok utkwiony w oknie jest pragnie­niem ucieczki od rzeczywistości. Wy­obraźnia podsuwa wówczas różne wspomnienia, obrazy, fantazje, które podpowiadają, że w innym miejscu, w innym stanie nasze życie byłoby lep­sze, bardziej wartościowe. Demon po­łudnia nakłania, by uciec od samego siebie i zanegować Boży plan związa­ny z życiem człowieka.

Czesław Miłosz pisał kiedyś, że przed wiekami acedia była doświad­czeniem jedynie samotnych eremitów, dziś natomiast jest czymś, co dotyka bezpośrednio i osobiście milionowych mas. Czy dzieje się tak dlatego, że we współczesnych społeczeństwach nie ma pustelników, którzy związywali­by demony w walce duchowej? Gdy­by Ewagriusz z Pontu żył dzisiaj, być może opisałby ludzi godzinami wpa­trujących się bezmyślnie nie w okno, lecz w ekran telewizora.

Używając nieco innego języka, Carl Gustav Jung nazywał to samo zjawi­sko „kryzysem wieku średniego”. Jego przykładem może być współczesna plaga depresji, wewnętrznego wypale­nia lub rozwodów, których siłą spraw­czą są najczęściej mężczyźni po czter­dziestce, próbujący odnaleźć „nowe życie” i „drugą młodość” w ramionach innych kobiet.

Osamotnienie Zranionego „Ja”

Ewagriusz z Pontu w swym sub­telnym wywodzie wyróżnił aż dzie­więć stopni acedii, która rozpoczy­na się od przesadnego, nieproporcjo­nalnego lęku przed trudnościami, po­przez znużenie, niechęć do jakiegokol­wiek wysiłku, brak wytrwałości i niedbałość w przestrzeganiu zasad, aż do ulegania pokusom i poddania się zmy­słowym pragnieniom.

Gdy demon południa opanuje du­szę, w krańcowych przypadkach koń­czy się na folgowaniu żądzom, chęci używania wszystkiego, a z czasem na kompletnym zatraceniu sensu życia. Ewagriusz pisze, że bardzo trudno jest wesprzeć człowieka pogrążonego w acedii, gdyż ma on poczucie niezro­zumienia i opuszczenia przez wszystkich. Wciąż oczekuje pocieszenia, a gdy go nie otrzymuje, oskarża oto­czenie o obojętność i brak miłości. Są chwile, gdy ma wrażenie, jakby cały świat zmówił się przeciwko niemu.

W sumie żadna osoba postron­na nie jest w stanie pomóc takie­mu człowiekowi, gdyż toczy on we­wnętrzną walkę, w której przeciw­nikiem nie jest ani żona, ani kole­dzy z pracy, ani współbracia w ka­płaństwie, lecz własne „ja”. To wła­śnie w owym zranionym „ja” kryje się – zdaniem eremity z Pontu – główna przyczyna acedii. Jest nią egoistyczna i nieuporządkowana miłość własna, często nieuświadomiona.

Duchowe Zmaganie

Jakie jest, według Ojców Pusty­ni, lekarstwo na tą duchową choro­bę? Otóż zalecają oni cierpliwe i wy­trwałe przetrzymanie tego stanu, który jest okresem pewnej duchowej próby. W tym czasie należy zachowywać umiar w postępowaniu, trzymać się powziętych postanowień, a przede wszystkim w każdej chwili uciekać się do Boga. Gdy człowieka męczy modlitwa, niech wzdycha z pokorą do Boga, błagając Go o ratunek. Najlep­szą formułą jest powtarzanie modli­twy Jezusowej: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną, grzesznikiem”. Albo jeszcze krócej: „Jezu, ufam Tobie”.

W tego typu bolesnych zmaganiach często wypala się nieuporządkowana miłość własna, a człowiek zaczyna do­świadczać, że jedyne, co go trzyma przy życiu, to Boża opieka. Wtedy zaczyna opierać swoje życie nie na sobie, lecz na Bogu. Widzi, że jedyną jego nadzie­ją nie są własne zasługi, lecz Boże mi­łosierdzie.

Grzegorz Górny