Wielkanocne cechy ucznia Chrystusa

 

Przywrócić wiarę i nadzieję w swoich uczniach
 
Spotkanie Zmartwychwstałego Pana z uczniami nad Morzem Tyberiadzkim w Ewangelii św. Jana pozwala się zinterpretować na wiele sposobów. Na przykład, można na nie spojrzeć od strony wysiłków, jakie Jezus musiał podjąć, aby przywrócić wiarę i nadzieję w swoich uczniach. Albo za pomocą jakich znaków apostołowie rozpoznali swego Mistrza. W końcu ta poruszająca scena dyskretnie odsłania dwie istotne cechy ucznia Chrystusa ucieleśnione w Piotrze i w Umiłowanym Uczniu.

Chciałbym zatrzymać się na trzeciej możliwości. Piotr, obok Jezusa, jest najbardziej aktywną osobą w tej opowieści. Pierwszy podejmuje inicjatywę, podobnie jak w wielu innych sytuacjach w ewangeliach, a także zachęca pozostałych uczniów do działania. Z kolei Umiłowany Uczeń pierwszy rozpoznaje Zmartwychwstałego Jezusa, kiedy tylko słyszy słowa swego Mistrza.

Ciekawe, że Ewangelia św. Jana w przypadku Piotra kładzie akcent na jego miłość do Jezusa, podczas gdy w przypadku Umiłowanego Ucznia, Ewangelia podkreśla miłość Jezusa do jego ucznia. Myślę, że zarówno Piotr jak i Umiłowany Uczeń, by tak rzec, mieszkają w każdym chrześcijaninie i wyrażają dwie postawy, które powinny cechować każdego naśladowcę Chrystusa: Umiłowany Uczeń oznacza gotowość do przyjęcia Bożej miłości, a Piotr służbę wobec innych w odpowiedzi na zaoferowaną miłość Boga.

Umiłowany uczeń – uważny słuchacz i obserwator

Przyjrzyjmy się nieco Umiłowanemu Uczniowi. Św. Jan ukazuje go jako uważnego słuchacza i obserwatora, który w sumie niewiele mówi w całej Ewangelii. Pojawia się za to w decydujących momentach życia Jezusa. Uczestniczy w wydarzeniach, które stały się fundamentem chrześcijaństwa. Widzimy go najpierw podczas Ostatniej Wieczerzy jak spoczywa u boku Chrystusa. Następnie Umiłowany Uczeń stoi przed krzyżem i bierze Maryję „do siebie”. W dniu Zmartwychwstania wystarcza mu widok opasek i mar, w które owinięte było Ciało Chrystusa, by uwierzyć, że Pan żyje. Nad Morzem Tyberiadzkim szybko rozpoznaje Pana po słowach: „Dzieci, czy macie co na posiłek? Nie? To zarzućcie sieci po prawej stronie, a znajdziecie”. Rozpoznaje Go nie tylko po samych słowach, ale też po sposobie ich wypowiedzenia. Jakże słowa te są ujmujące i pełne troski o człowieka, która wyraża się w prozaicznym przyrządzeniu posiłku.

Umiłowany Uczeń, podobnie do Maryi ukazanej w Ewangelii św. Łukasza, jest osobą, która przede wszystkim słucha i rozważa to, co się dzieje. Potrafi sięgać pamięcią do minionych wydarzeń i odczytać ich znaczenie. Z tego powodu niemal natychmiast kojarzy fakt pustego grobu z wcześniejszą zapowiedzią tego wydarzenia przez Jezusa. W dzisiejszej Ewangelii prawodopodobnie przypomina sobie pierwszy cudowny połów ryb, podczas którego Chrystus powołał pierwszych uczniów.

Natomiast apostołów ogarnęła dziwna amnezja. Dlaczego? Ponieważ kiedy wcześniej Jezus trzykrotnie przepowiadał Wielki Piątek i Zmartwychwstanie, uczniowie albo byli zajęci innymi sprawami, albo udawali, że nie rozumieją, o co chodzi.

Nic dziwnego, że Chrystus stara się odświeżyć ich pamięć. Wraca do przeszłości, ale nie po to, by cokolwiek im wyrzucać i piętnować ich tchórzostwo. Jezus, aranżując okoliczności, sprawia, aby uczniowie w łodzi wspomnieli poprzednie dobre doświadczenie, kiedy zostali wezwani przez Niego do pójścia w Jego ślady.

Piotr – wziąć sprawy w swoje ręce

A Piotr? Ognisko i węgle rozpalone na brzegu przez Jezusa nawiązują do innego ognia, przy którym Piotr grzał się na dziedzińcu arcykapłana i zaparł się swego Mistrza. Ale wiemy, że zanim do tego doszło, apostoł wzbraniał się przed tym, aby Jezus umył mu nogi. Podczas gdy w innych Ewangeliach, Piotr wyznaje, że umrze z Chrystusem, w Ewangelii Janowej gorliwy apostoł przyrzeka, że odda życie za swego Mistrza, zastępując Go w Jego ofierze. Piotr przedwcześnie pragnie poświęcić się dla Chrystusa, uprzedzając ofiarę Dobrego Pasterza za owce.

 Miłość Piotra jest szczera, ale krucha. Cała Janowa ironia polega na tym, że Piotr, będąc nadal słabą owcą, pretenduje do miana pasterza, chociaż nie wie jeszcze o tym, że nie jest do tego zdolny. Bardziej polega na sobie i swoim szlachetnym zapale, chociaż Jezus zapewnia go podczas Ostatniej Wieczerzy: „„Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz” (J 13, 36). Jak wobec tego reaguje Piotr? Mówi: „Nie, mylisz się, mogę pójść za Tobą teraz”. Tak naprawdę apostoł zapiera się Jezusa już w Wieczerniku, nie przyjmując do wiadomości słów Chrystusa. Zamiast słuchać i otworzyć się na działanie Boga, chce wziąć sprawy w swoje ręce. Dopiero po Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa, miłość Piotra zostanie oczyszczona i podniesiona na wyższy poziom.

Ta postawa nie dotyczy, oczywiście, jedynie Piotra. Jej korzenie tkwią głęboko w sercu każdego z nas. Jest to fałszywe poczucie samodzielności, poleganie na sobie, często szlachetne i pobożne mniemanie, że to my musimy składać Bogu ofiarę, poświęcać się dla Niego i aktywnie działać, zapominając równocześnie, kto tak naprawdę jest źródłem wszystkich darów. Jednakże przeciwną skrajnością może być brak owocnego działania, obojętność, a nawet oziębłość. Obie postawy wypływają ze słabego doświadczenia bliskości Chrystusa.

Miłość Boga i Jego wsparcie otrzymywane bez ustanku

Dlatego abyśmy byli zdolni do prawdziwej służby, a nie do woluntaryzmu i poprzestawania na przeciętności, musimy najpierw zdać sobie sprawę, nie tylko raz, ale ciągle, że bez ustanku otrzymujemy miłość Boga i Jego wsparcie. List do Kolosan mówi wyraźnie, że „w Chrystusie wszystko trwa w istnieniu” (Kol 1,17). Bez podtrzymującej mocy Boga, cały świat wespół z nami rozpadłby się w jednej chwili. Następnie musimy świadomie zaakceptować w sobie postawę Umiłowanego Ucznia, który przyjmuje miłość i pozwala, aby już otrzymane dary zostały jeszcze bardziej pomnożone przez Chrystusa, a wtedy będziemy mogli stać się Piotrem, który po Zmartwychwstaniu działa z pokorą i zaufaniem w Bożą moc.

Jezus mówi do swego Ojca: “Wszystko Moje jest Twoje, a Twoje jest moje” (J 17,10). W Ewangelii św. Mateusza pada podobne wyznanie: „Wszystko przekazał mi Ojciec mój” (Mt 11,27). Chrystus nie wstydzi się tego, że ciągle wszystko otrzymuje od Ojca i działa mocą swojego Ojca. Nie czuje się pomniejszony, ani mniej wolny przez to, że jest zależny. Jego miłość właśnie dlatego okazała się tak wielkoduszna, ponieważ był nieskończenie otwarty na dar. My często mylimy niezależność z samowystarczalnością, chociaż nikt z nas ani przez chwilę w tym życiu nie jest samowystarczalny. Próbujemy jednak temu zaprzeczać i odcinać się od źródła, które pomnaża życie dane nam już w chwili stworzenia.

Śniadanie, które Jezus przygotował dla uczniów na brzegu jeziora oraz cudowny połów ryb wskazują na Eucharystię, gdzie wszyscy w szczególny sposób uczymy się postawy Umiłowanego Ucznia. Tam właśnie jej powoli nabywamy. Słuchamy słów Jezusa. Wspólnie wyznajemy wiarę w Jego Zmartwychwstanie. Dzielimy się i spożywamy jedno Ciało i Krew Pana. Eucharystia odwołuje się do naszej wewnętrznej potrzeby duchowego pokarmu, ponieważ wszyscy jesteśmy głodni. Ten głód jest właśnie niczym innym niż naszą zbawienną zależnością od Boga i siebie nawzajem.

Ale to nie wszystko. Wychodząc z kościoła, jesteśmy zaproszeni do tego, aby upodabniać się do przemienionego Piotra, który po Zmartwychwstaniu ponownie wezwany jest przez Chrystusa do służby. Podobnie jak Jezus karmił głodnych; umył nogi swoim uczniom; zadbał o to, aby zmęczeni apostołowie mieli co jeść, tak samo zwraca się do każdego z nas podczas każdej Eucharystii: „To czyńcie na moją pamiątkę”! Tutaj nie chodzi jedynie o to, aby nieustannie sprawować mszę św., ale także o wezwanie do pójścia w ślady Chrystusa, do czynienia tego, czego nas uczy swoim słowem i gestami. Dlatego na końcu mszy jesteśmy rozesłani (nie opuszczamy bowiem kościoła jak sklepu czy urzędu, w którym załatwiliśmy sprawę), by przez służbę uobecniać Zmartwychwstałego Pana w świecie.

Czy kochasz mnie?

Widać to szczególnie w drugiej części 21 rozdziału Ewangelii św. Jana, w której następuje „rehabilitująca” rozmowa z Piotrem. Jezus pyta jego i każdego z nas: „Czy kochasz mnie? Jeśli tak, to myj nogi twoim braciom i siostrom, nakarm ich, troszcz się o nich, nie przechodź obojętnie wobec potrzebującego, bez względu na to, czy będzie to twój mąż lub żona, dziecko lub rodzeństwo, sąsiad lub człowiek obcy, wspólnota Kościoła lub społeczeństwo”.

Jednakże, aby to się stało faktem, musimy „narodzić się z góry”, jak mówi Pan do Nikodema, przyjąć inny sposób patrzenia na świat, otworzyć Bogu możliwość bardziej efektywnego działania w naszym wnętrzu. To otwieranie się nigdy się nie kończy. Przez całe życie i wieczność winniśmy pielęgnować w sobie postawę Umiłowanego Ucznia, który przyjmuje, słucha i doświadcza.

To „narodzenie z góry” wydarzyło się w chwili naszego chrztu. Zwiększyło się nasze otwarcie na Boga, przynajmniej sakrament ten stworzył w nas taką możliwość. Od nas zależy, czy będzie przepływać do nas coraz więcej miłości i innych Bożych darów. Z chrztem nierozerwalnie wiąże się Eucharystia, uprzywilejowany kanał miłości Boga. Na tym polega nasze Zmartwychwstanie, które zaczyna się już na ziemi. Rozpoznanie ukrytej obecności Chrystusa w nas i w innych, bezdenna studnia orzeźwiającej wody, pożywny chleb na drogę zaoferowany nam za darmo w sakramentach.

Zmartwychwstanie jest nowym sposobem życia, w którym przyjęcie darów przeplata się ze służbą. To życie jest ciągle podtrzymywane w nas przez Boga. Św. Jan Ewangelista ma rację. Zmartwychwstanie to nic innego jak kochanie Boga w drugim człowieku, ponieważ tędy wiedzie najpewniejsza droga do szczęścia.

Dariusz Piórkowski SJ